RSS
niedziela, 16 października 2011
Buty

Wybrałam się we wrześniu na Dolny Śląsk.

Miałam do załatwienia sprawę u notariusza - wreszcie dałam szwagrowi mieszkanie, które obiecałam siostrze.

Siostra niestety nie doczekała podziału majątku, żebym mogła jej to przepisać a ja nie chciałam z gęby cholewy robić.

Może jednak po kolei.

Przed 35 laty zmarła moja mama i według obowiazujacych wtedy przepisów tylko ja i ojciec po niej dziedziczyliśmy.

Ojciec był młody ja miałam swój dom, pracę rodzinę - nie zmieniałam niczego.

Ojciec jednak w swoim testamencie pominął swoje trzy córki i zapisał swoją część wnukom i konkubinie jednego z nich.

Wnukowie mojego ojca byli i są ogromnie wredni w stosunku do swoich rodziców.

Bolało mnie kiedy najmłodszy ze spadkobierców powiedział do swoich rodziców, że po otwarciu testamentu będą sp.....li  aż sie będzie kurzyło.

Powiedziałam mu wtedy, że czwarte przykazanie obowiązuje.

Założyłam sprawę o wydzielenie mojej części i powiedziałam siostrze, że dam jej swoją część.

Nie przelewało mi się i nie przelewa ale na samą myśl, że miałabym mieć mieszkanie w takim towarzystwie wątroba mi się przewracała.

Nikogo nie chciałam uszczęśliwiaś takim sąsiedztwem żeby mnie nikt nie przeklinał.

Obiecałam, dałam.

Byłam bez tego tyle lat to i do śmierci mi wystarczy.

Jak napisałam siostra nie doczekała.

W połowie września u notariusza podpisałam - wprawdzie z wyrzutami sumienia, ze moim dzieciom..- ale mam madre dzieci)- właścicielem został szwagier.

Może teraz dzieci zaczną go szanować ...

Wracam do butów.

Byłam tak szczęśliwa, że nie będę już sobie schedą nerwów truła, że kupiłam dwa portery i pojechałam do przyjaciółki.

Pocieszyłyśmy sie razem.

Zadzwoniła Forumowiczka z Dzierżoniowa i spotkałyśmy się u niej w realu.Wieczorem spotkanie z seniorami z mojej Lutomii i następnego dnia wyjazd do przyjaciół.

To Ci, którzy mecenasowali panu Michałowi, wspomagali naszą córkę na uczelni, to tacy ludzie z testamentu...

Gdzieś jest napisane, że jak w jednym mieście będzie dwóch sprawiedliwych to Bóg tego miasta nie zniszczy.

Mnożyć by przykłady ich bezinteresowności...

No i jak zajechałam, odebrali mnie z autobusu, obiad, pogaduszki, spacer po stawach i torfowiskach, zbieranie grzybów - Pełen relaks.

Następnego dnia zobaczyłam, że w moich wyjściowych butach po wczorajszym spacerze odchodzi zelówka.

I jak u Tuwima - mówię do przyjaciólki -"walcuje szurając odwinietą podeszwa".

Przyjaciółka nosi buty o  dwa rozmiary większe ( a swoją drogą zauważyłam, że kobiety z wiekszymi stopami maja większe serce), nie mogła mi pożyczyć.

Nie przeszkadzało nam to jednak w niedzielę pojechać na wieczorną mszę i pozostać na koncercie organowym. Grali Bacha.

Następnego dnia  mąż przyjaciółki powiedział, że jedzie do Wrocławia. Poprosiłam żeby mnie podrzucił pod jakiś duży sklep abym sobie kupiła buty na dojazd do Pyrlandii.

Tak i podwióał mnie na Psie Pole. Wchodzę ci ja do CCC a tam buty powyżej 70 zł!

No nie za taką cenę to ja się pozwolę bez mydła ogolić. Buty za 10 % mojej emerytury.

Kolega popatrzył na ceny i powiedział chodź do innego sklepu.

Pomyślałam, że nie chce mojego zakłopotania. Wchodzimy do innego on mi mówi wybierz sobie tutaj. Śliczne, biorę do ręki a pod spodem 239 zł. Myślałam, że padnę. Mówię, że to więcej niż jedna czwarta mojej emerytury.Nigdy sobie na takie buty nie pozwolę.

Kazał podać odpowiedni rozmiar i kazał mi siedzieć cicho bo on za to płaci.

Panie dopasowały. Zapłacił. Panie odrywały cenę a ja byłam zdania, że powinnam tabliczkę na piersi zawiesić: patrzcie ludzie jakie mam drogie buty.W dodatku z gwarancją na dwa lata. Torbę z napisem firmy niosłam na wierzchu aby wszyscy widzieli na co mnie "stać".

Tak często spoglądałam na swoje nowe buty, że przypomniał mi się dowcip o Żydzie, który sobie kupił nowe buty.

Przychodzi do domu i pyta żonę czy coś zauważyła. - Żona na to , że nic.

Wieczorem mąż się rozebrał do naga , pozostał tylko w butach i mówi popatrz na co on patrzy. Na to żona: ty sobie na drugi raz kup kapelusz.

Ogromnie mnie cieszą te buty, spoglądam na swoje znajome seniorki w klubie i myślę, że żadna z nich nie ma butów z gwarancją na dwa lata.

Nie wiem jednak, czy przyjaciele ustalili między sobą, że taki sprawunek mi załatwią, czy on powiedział żonie na co wydał takie ogromne pieniądze, czy to nie był impuls, jak zareeguje przyjaciółka.

Jejku jaki mam dylemat.

A buty? Najwygodniejsze jaki miałam.

11:29, aga-kosa
Link Komentarze (2) »
Dziekuję Robiniezpastwiska

Łza mi się w oku zakreciła, na wspomnienie pana Michała. Mam dziesięć jego gwaszy w domu i dwa olejne. Jeden jest z wizerunkiem Jezusa na krzyżu - za obrazy ze świętymi pan Michał od nas nie brał pieniedzy ( był zdania, że to jego podziękowanie za talent- choć on swego daru talentem nie nazywał), drugi jest o tyle charakterystyczny, że po raz pierwszy na jego obrazie pojawili się ludzie. Jest to mostek w przecudnej czerwieni jesiennych liści i na tym mostku zarysowane dwie postacie.

Jakiż ten obrazek jest ciepły i na dziś.

Jest piękna słoneczna niedziela i spacer po jesiennym lesie przypomni Wielką Sowę, Glinno, Studzienkę Kroacką...

10:36, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 października 2011
A życie się plecie

W tym roku spływy, wyjazdy, wesołe imprezy były przeplatane smutkami, że ktoś odszedł na zawsze.

Z wiekiem można się jakoś pogodzić  z czyimś odejściem.Zawsze jednak szkoda, że taki młody.

Pamiętam jeszcze ze szkoły średniej, kiedy jedna z naszych koleżanek pochwaliła się, że chodzi z chłopcem, który jest w wojsku - to żeśmy ją wyśmiały, że z takim starym..

Teraz kiedy dociera do nas wiadomość, że zmarł ktoś w wieku sześdziesięciu lat mówimy: taki młody...

W czerwcu byliśmy na integracyjnym spotkaniu - telefon Dziunia nie żyje. Kondolencje, pytanie o datę i miejsce pogrzebu.

Po powrocie do domu obowiązująca czerń, kwiaty, podróż, odprowadzenie na miejsce wiecznego spoczynku, podziękowania, zaproszenie na stypę a na stypie pogaduszki rzadko widującej sie rodziny; Co u was? Dzieci zdrowo rosną? Mają pracę? Zmieniłeś samochód? itd

A nikt nie wspomni,że zmarły znamienitym człowiekiem był..

Powrót do domu i życie sobie płynie jak gdyby nigdy nic.

Przestaje się myśleć o osobie, która odeszła; chyba, że w którymś momencie przypomni się, że "Nieboszczka tak mówiła"

Kiedy byliśmy na pogrzebie mojej młodszej siostry wszystko wygladało podobnie. Było mi przykro. Jej dzieci były skłócone i nawet śmierć matki ich nie pogodziła. Na stypie był tylko jej mąż i córka. Poza tym dalsza rodzina i znajomi.

Powiedziałam, że moja siostra była kobietą pełną werwy i ogromnego poczucia humoru, miała radość dzielenia się,dodawania otuchy dla wszystkich, którzy z nia przestawali a tu rozmowy jak gdyby jej wcale nie było.

I wtedy ktoś przypomniał sobie moją Graźkę z czasów kartkowych:

W lodówce miała kawałek kiełbasy, jej mąż zagląda do lodówki i jak pyta na ile ta kiełbasa? ona odpowiada - na tydzień.

Szwagier się poprawia i pyta : po ile?

- po kawałeczku - odpowiada siostra.

A dzisiaj byłam w lesie na grzybach i przypomniało mi się jak siostra lubiła chodzić na opieńki - jej ulubione grzyby i jak sie dzieliła z sąsiadami nadmiarem.

Przytuliłam się do ogromnej sosny, słońce tak pięknie świeciło i pomyślałam sobie: czy Graźka zbiera grzyby w "Niebieskich lasach"

Ale tak jak napisałam życie sobie płynie, wiadomo, że tych co odeszli nikt nam nie wróci . Zachowujemy się tak jak gdyby nas to nigdy nie miało dosięgnąć.Wyjazdy, spotkania, zakupy, zabiegany człowiek taki i przez moment nie pomyśli : jaki ma sens taki kołowrotek i gonitwa w piętkę żeby mieć.

Kolejny pogrzeb w dużym wojewódzkim mieście i wszystko podobnie.

Odprowadzenie, podziękowanie, stypa i rozmowy.

Po tym pogrzebie pojechaliśmy na spływ kajakowy. Nam się udało, bo to nie z naszej półki..

Pojechaliśmy ze spływu jeszcze do Szymbarka/u bo to trzeba było tylko czterdzieści kilometrów dołożyć a deskę z księgi Ginesa można było  zobaczyć.Przy okazji muzeum Sybiraków, schron z dźwiękami nalotów i wiele innych ciekawych rzeczy. Po zwiedzaniu wchodzimy do pamiątkowego sklepu.Nasza współspływaczka kupuje jakieś durnostojki tylko dlatego,że napisane iż produkt z Kaszub pochodzi.

Pyta mnie dlaczego nie kupuję? Z prostej przyczyny: żeby mi się kurz na tym nie zbierał i żeby dzieci miały mniej do wywalania, kiedy mnie już nie będzie.

Zdaję sobie sprawę, że będą  dażyły sentymentem obrus ze wstawką zrobioną na szydełku - rozkładany na świątecznym stole -  chusteczki obdziergane w koroneczki, jakaś bluzeczka, dopinany kołnierzyk czy mankiety.Pewnie jeszcze album ze zdjeciami moich dziadków i rodziców , obrazek w krzyżyki - a reszta? Przede wszystkim jakie musieli by mieć mieszkanie by mamine sentymenty im sie pomieściły.

Naszło mnie takie dołowe myślenie bo jutro mijają dwa miesiące od śmierci bliskiej mi osoby. Mądra, rodzinna, spolegliwa i w miarę jeszcze młoda. Miała by jutro urodziny.Odeszła z naręczem dobrych -  co ja piszę,  bardzo dużo, bardzo dobrych uczynków. Myślę, że patrzy z góry na swoje dzieci i wnuki.

Pamiętam niesamowitą reakcję jej wnuka, kiedy już wychodziliśmy z cmentarza  powiedział: a teraz jak zaświeciło słonko, babcia mnie pocałowała w ten policzek.

Mój Boże jak to by było dobrze, móc patrzeć na szczęście tych co zostają.

Przykrą wiadomością była informacja w internecie, że kościół  od października sprzeciwia się odprawianiu mszy nad urną.

Kiedy byłam w szpitalu i zdawałam sobie sprawę, że mogę odejść powiedziałam rodzinie, że ja chcę "na ciepło" i najlepiej by było gdyby się udało tak jak na zachodzie rozpylić w jakimś ogrodzie pamięci.

Nie mam ochoty być "świeżą dostawą na dole.". Nasze dzieci myślą racjonalnie i sądzę, że podejmą właściwą decyzję i będzie na ciepło.

A narazie to jak w piosence:

"A narazie fruwają motyle,

tego tyle i tamtego też tyle

a narazie wierzymy w baśnie

jest jaśniej

A narazie kołyszą nas noce

a narazie kołyszą nas dni

 i choć życia psia mać popołudnie

Jest cudnie."

Mam sie jeszcze czegoś nauczyć na pamięć, jeszcze na spotkaniu opowiedzieć parę  dowcipów, jeszcze powiedzieć parę monologów, poczekać na kajaki, jeszcze coś do spiżarki ,jeszcze, przeczytać parę książek, jeszcze, jeszcze......

 

20:15, aga-kosa
Link Komentarze (1) »
niedziela, 11 września 2011
Wszystko co miłe

Ubiegła noc, która była bardzo krótka bo imprezowaliśmy przy pieczonkach dosyć długo i trzeba było wstać. Słońce prześliczne na niebie i Lidzia niczym drugie słoneczko uśmiechnieta, krąglutka, cieplutka zaprasza wszystkich na pstrąga po komandorsku.

Jestem kobietą, która nie potrafi przygotować żadnej ryby z wyjątkiem śledzi - ale śledzie to nie ryba tylko zakąska - i takie zaproszenie to miód.

U nas w domu ryby przygotowywała mama,potem teściowa a w końcu syn. On już jako czternastolatek pokazał swoje zdolności kucharskie. Na wigilię przygotowywał karpie dokładnie wg przepisów w "Kuchni polskiej"

Był karp po żydowsku, gotowany w maśle, w panierce z pieprzu i w białym sosie i w winie jakiś szczupak..

Nawet mój ojciec ogromny smakosz karpia składał mu gratulacje za smak ryb.

Do dzisiaj to syn jest od ryb fachowcem.

Jednego roku na wigilię , kiedy syna nie było w domu na wigilijnym stole stał smentnie mintaj z garmażerii z kartką "Karp wigilijny"

 Kiedy poszliśmy do miejsca gdzie pan wydawał pstrągi byliśmy zaskoczeni ich wielkością. Zjedliśmy tylko jednego. Drugiego nawet nie odwijaliśmy z folii tylko dodatkową tekturką zabezpieczyłam żeby zawieźć do domu i dać znajomym do skosztowania.

Słonko było już dość wysoko, gdy wsiadaliśmy do kajaków. Ten odcinek to był spacer. Należało tylko wyminąć głazy w rzece i ona sama niosła. Widoki, że jeszcze teraz na wspomnienie po sercu drapie i łza pod powieką się kręci.

Nie do pomyślenia jak szybko dopłynęliśmy do kolejnej stanicy. Na brzegu młodzież sprawiała wszystkim kąpiel naturalnie z wyjątkiem "starszych  państwa".

 Brum, ale byłam zła tylko mąż był zadowolony, bo on się bał o swoje rurki w uszach żeby się nie zalały.

Potem już tylko chrzest tych co pierwszy raz u Lidzi i Tomka na spływie; przyrzeczenie, że bedę szanować naturę i siłę rzeki i łups wiosłem w cztery litery.

Miło było.

Umówiliśmy się na spotkanie na Wdzie. Tylko Bożena powiedziała, że Wda to taka spokojna, spacerowa rzeka.

To jeszcze tylko dwa tygodnie do Wdy a w pierwszy czwartek po 10 lipca w przyszłym roku zaczynamy w tym samym towarzystwie spływ rzeką Gwdą.

12:35, aga-kosa
Link Komentarze (1) »
Sie nazbierało

Ogromna frajda. Znajomi zaprosili na spływ rzeką Dobrzycą na Kaszubach.

Jak by nas kto na sto koni wsadził bo to było takie nieoczekiwane. Wiedziałam, że będziemy spływać w tym roku Wdą a tu taka dodatkowa niespodzianka.

Sprzęt mieliśmy już przygotowany na ostatni czwartek lipca a tu wyjazd w pierwszy czwartek po 10 lipca.

Zapakowałam do "żywnościowej" torby; ser domowej roboty "od pani Hanki" - do zjedzenia w pierwszym dniu przez uczestników- niebo dla podniebienia, naleweczkę odstałą od ubiegłego roku z czerwonej porzeczki o czarownej nazwie " Sen nocy letniej", salceson domowej roboty w słoiku, takiż smalec, konserwy, jakieś gołąbki, pulpety i duży kawał boczku "spod strzechy" o domowych jajach i innych nie wspomnę.Kubeczki, turystyczne kieliszki,menażki i komplet sztućców.

Do bagażnika namiot, karimaty, śpiwór i w drogę.

Zatrzymaliśmy się jeszcze 16 km od domu i dokupiliśmy 30 dkg boczku w plastrach bo wyglądał smakowicie i na wszelki wypadek ciemny chleb. Beztrosko wrzuciłam na tył samochodu i gaz.

Po przejechaniu 100km, już za Piłą zaproponowałam mężowi zjazd na parking i na małe conieco do zjedzenia. Mąż otwiera bagażnik a torby "żywnościowej" nie widać. Zagląda pod siedzenia też nie ma. Sprawdzam włoasnoocznie; -nie ma.

Zostawiliśmy żywieniówkę w kuchni na podłodze.

Klucze od domu z nami, pies u sąsiadki ale bez kluczy. Wracać nie będziemy bo jesteśmy za połową drogi.Zjadamy boczek z ciemnym chlebem, jedziemy do Człuchowa, robimy w Tesco zakupy i jedziemy na miejsce zgrupowania.

Wszyscy znajomi nam wspóółczują ale najbardziej to sera żal...

Jedziemy na Dobrzycę autokarem po drodze dowiadujemy się, że jest wiele pozwalanych drzew więc będą przenoski, przeciski, podpływy.

Znaczy to, że będzie ciekawie jak na Korytnicy czy Drawie - bo Hańcza była już uregulowana i to był raczej spacer a nie spływ.Podobnie spokojnie było na Rospudzie. Cieszy nas kolejna przygoda i zmaganie się z naturą.

Wieczorem ognisko, kiełbaski i kaszanka z rożna - i jedzenia nie wyciągaliśmy jedynie alkohol miał wieczorem zastosowanie.

Następnego dnia wsiadamy do kajaków i stwierdzamy, że nasz kajak w swoim wnętrzu zawiera najwięcej lat. Razem mieliśmy: 140 i wszyscy w rozmowach między soba mówili "ci starsi państwo.

Jacy starsi, jacy starsi - myśmy się czuli rówieśnikami pozostałych.

Nu rebiata pajechali.

Dzień był wprawdzie pochmurny ale rzeka wspaniała.

Początkowo wszelkie przeszkody wymijaliśmy nerwowo machając wiosłami i po każdej pokonanej przeszkodzie mówiliśmy do siebie, że nam się udało.

Powoli przypominaliśmy sobie technikę z poprzednich spływów i nie zmagaliśmy się z rzeką ale zatrudniliśmy ją do pracy razem z nami. Teraz już mówiliśmy bierzemy z lewej, dopływamy do prawej i kładaiemy sie w kajakach by pod zwalonym drzewem przypłynąć. Słońce co chwila wygląda z za chmur, lekki wiatr ale po obu stronach rzeki taaaakie drzewa, że nie dokucza nam nic.

Na stanicę dopływamy jako piąty kajak na 30. Wniosek nie jesteśmy starszym państwem. Na stanicy wiatr daje o sobie znać. Grzejemy piwo w czajniku i..

Hendryś ma imieniny.To hajże na Hendrysiową imprezę.Tańce, hulanki ani wiatr nam juz nie przeszkadzał.

Następnego dnia słońce, mowa o przenoskach koło elektrowni i pstrągarni.Jest 24 km do przepłyniecia a wieczorem pieczony warchlaczek i skopek (skopek to młody baran).

Rzeka miejscami rozlewa się szeroko, słońce w takich miejscach rozleniwia ogromnie ale miejscami sie zwęża, prąd przybiera na sile, powalone przez bobry drzewa zmuszają do pracy.

W jednym miejscu w poprzek rzeki leżą dwa drzewa na zakładkę. Trzeba popłynąć w prawo, mocno skręcić w lewo by wyminąć to drugie zwalone. Pod drugim drzewem po prawej stronie iest wąski przesmyk ale mąż mówi, że się nie zmieścimy i ten moment zawahania wykorzystała rzeka by nam pokazać kto tu rządzi.

Wciska nam kajak bokiem pod drzewo. woda nabiera się do kajaku. Trzymamy się drzewa, ja proponuję, że wyjdę i z drzewa będę ciągnęła kajak w lewo . Chlup i jestem w wodzie, dna nie dosięgam ale na szczęście mam na sobie kapok. Woda mnie wyrzuca i widzę jak z drugiej strony drzewa płyną sobie wiosła, męża kapok i jego kapcie wodołazy.

Mąż rozsądnie zatapia kajak i wypływa z drugiej strony zwalonego drzewa. Holuje kajak do brzegu, wylewa wodę wsiadamy.Znajomi z innych kajaków, którzy swoje kajaki przenieśli "suchym lądem" łowią nasze zguby. Żeby do nich dopłynąć niczym kreciki machamy łapkami w wodzie.

Udało się.

Na szczęście nauczeni poprzednimi spływami wszystkie ważne dla nas rzeczy mamy w plastikowym zakręcanym słoiku i uwiązane na smyczy.

Po drodze spotykamy innych spływowiczów, którzy też zaliczyli kąpiołki al z gorszym skutkiem bo zamoczyli swoje komórki, nie mają siły na dalsze płyniecie i chcieli by zadzwonić po ściągacza.

Dajemy im nasze  komórki i czekamy aż po te dwójkę młodych ludzi - chyba dwudziestolatków- zabierze organizator ich spływów. Opowiadamy im o naszych przygodach i widzimy zazdrość w ich oczach.

Przenoska, płyniemy dalej i wydaje mi się, że słyszę szum wody. Mówię do mężą, że to będzie trzecia przenoska...

-co ty, była koło elektrowni, na zwalonych drzewach i pstrągarni..

-Spływamy w prawo przed mostkiem ! - krzyczę do siedzącego z tyłu męża

-Nie, zmieścimy się pod mostkiem, kładź się !

Przy samym mostku chwytam kurczowo siatkę i "łap po łapiu "przesuwamy się do prawego brzegu. Wynosimy kajak a za mostkiem wodospadzik. Nie żeby duży ale bystry i pewnie kajak stanął by nam na dziobie a potem byłaby przechyłka do przodu. Bóg zapłać.

Jeszcze kilometr i jesteśmy u brzegu stanicy. Brzeg ma zwalone drzewo i należy zdrowo się namachać wiosłami i kłaść się w kajaku by dopłynąć.

Na brzegu pasażerowie pięciu kajaków, którzy dopłynęli przed nami, robią zdjęcia i patrzą jak pozostali sie z naturą zmagają.

Do nas podchodzi płycizną młody człowiek i stara się nas doholować do pomostu. Tłumaczę mu ,że mamy na tyle energii, że sobie poradzimy...

Ale jak w filmie "Sami swoi" -no to wam pomogę!

12:05, aga-kosa
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 lipca 2011
Kajaki

Znajomi ze spływów kajakowych z poprzednich lat napisali do męża, że mają wolny kajak do spływu Dobrzycą. Piękna rzeka płynąca od strony Wałcza w stronę Piły.

 Małżeństwo znające nas od czterech lat,  ze spływów po innych rzekach zorganizowało spływ rzeką Dobrzycą, dla swojej rodziny a nas do siebie przytulili.

Tomka i Lidkę poznaliśmy na spływie Korytnicą i Drawą.

 To był nasz pierwszy spływ. Grupa była trzydziestoosobowa, zgrana ze sobą - bo to był ich szósty spływ po polskich rzekach a nasz pierwszy.

Nie wiedzieliśmy wtedy jak się przygotować, co z sobą zabrać, jak się zachować.Nie wiedzieliśmy, że namioty i ciężkie klamoty będą przewożone autem a my mamy tylko dopłynąć do celu i tam rozbić namiot , przygotować posiłek, uczestniczyć w ognisku.

Wsiedliśmy do kajaku na Korytnicy, manele - tj telefon, aparat fotograficzny, jedzonko - włożyliśmy do foliowej torby , wiosła w garść i staraliśmy się płynąć.

Niesamowite było to, że woda nas niesie.

Rzeka wąska, zarośnięta szuwarami ,co jakiś kawałek powalone drzewo pod którym należało przepłynąć. Widzieliśmy jak inni kładą się w kajaku i pozwalają by woda robiła swoje. Udawało się nam naśladować naszych nowych znajomych.

I jak dzisiaj pamiętam, był słoneczny dzień. Zaprzyjaźnieni ludzie po wypłynięciu na szerszą wodę łączyli swoje kajaki, opowiadali sobie nowinki, raczyli się ( jakie adekwatne określenie -raczyli - jak u Tuwima) czym tam mieli. A my nic tylko wiosłujemy.

Pomyślałam i powiedziałam mężowi, że wiosła mają taką samą grubość jak widły w gospodarstwie w czasach naszej młodości miały a teraz płacimy żeby potrzymać.

Płyniemy sobie, rzeka się wije co i raz to widoczki, że szczęka leci w dół . Za którymś zakrętem leży w wodzie potężne drzewo. Nie da się podpłynąć dołem trzeba kajak przenieść górą.

Mąż zawsze rycerski wobec płci słabszej kazał mi wysiąść z kajaka i jak on wyciągnie kajak na zwalone drzewo i ustawi go z drugiej strony to będę mogła wsiąść.

Naturalnie, że się zgodziłam. Po pniu przeszłam na brzeg i patrzę jak mąż sobie radzi.

Dzielnie przesunął kajak przez kłodę, jedną nogą już stał w kajaku, drugą na kłodzie, ja nadal stoję i czekam kiedy mi powie, że mam wsiąść.

Nagle kajak płynie do przodu a mąż robi cudowny szpagat i ..jebut do wody. Kajak zrobił obrót i dopiero wtedy wskoczyłam do wody by pomóc swojemu mężczyźnie.

Oboje byliśmy mokrzy, manele również ,podpływający do kłody kajakarze uprzejmie zapytali czy potrzebujemy pomocy ale myśmy już byli po chrzcie.

Żadne z nas się nie zdenerwowało przygodą, przyjęliśmy to z uśmiechem jako nauczkę na zaś.

Potem wypłynęliśmy na jezioro Drawskie.

Początek był bardzo miły.Płytko,dokoła morze lili wodnych białych i żółtych,cieplutla woda,szurgot wodorośli o dno kajaka.

Gdzieś stadko szarych łabądków z przecudnej urody rodzicami a to znów kaczka z małymi jak myszki sunące po wodzie.

Wiemy, że mamy przepłynąć jezioro aż do miejsca gdzie będzie łączyło się z rzeką Drawą.

Młodzież na kajakach zamachała wiosłami i tyle ich widzieliśmy inni zrobili sobie popas na brzegu a my wiosłujemy.

Pytanie, w którym miejscu jezioro z rzeką się łączy gdy po horyzont woda i las. Doszliśmy do wniosku, że powinniśmy płynąć tam gdzie las jest najniższy. To było to.

Dopłynęliśmy na umówione miejsce i okazało się, że w naszych foliówkach wszystko mokre. Aparat fotograficzny działał ale komórki wysiadły.Jedzonko zmokło i na szczęście dowieźli na stanicę namioty, śpiwory, karimaty i nasze jedzenie w puszkach.

Brak chleba nas nie gnębił bo jako optymalni staramy się jadać bez chleba.

Dookoła głusza, żadnych zabudowań, żadnych ludzi, brak sprawnego telefonu.

Natura i my.

Powiesiłam na krzakach "pranie" do suszenia i dosiedliśmy się do rozpalonego ogniska.

Tomek z Poznania miał gitarę i wieczorem przy ognisku zrobił się nastrój niczym przed laty, przed laty, na harcerskim ognisku.

Mąż podpuścił mnie abym powiedziała jakiś monolog z tych co to się człowieka trzymają. Powiedziałam jeden, potem Tomek zagrał coś co wszyscy zaśpiewali a potem :Aga możesz jeszcze?

Powiedziałam, że pytanie raczej do mojego męża - ale wiedziałam, że się spodobało i na "wkupne" powiedziałam jeszcze dwa monologi.

Przesiedzieliśmy do północy.Poszliśmy spać do chińskiej dwójeczki - rano wszystko na nas było mokre chociaż deszcz nie padał. Myśmy się spocili. Znowu nauczka na zaś jak mówią w Pyrlandii.

Dalej to już byliśmy przeszkoleni przez matkę naturę i z pokorą podeszliśmy do Drawy. Miejscami rozległa i wolna, to znów wąska, kręta z silnym nurtem.

Przyjmowaliśmy wszelkie przeciwności z uśmiechem.

Zakaziliśmy się tym sposobem wypoczynku.

Poznaliśmy wielu ciekawych ludzi z różnych okolic Polski. Po trzech dniach spływu żegnaliśmy sie jak najbliższa rodzina.

Do zobaczenia za rok w innym miejscu na innej rzece ale w tym samym gronie.

Po powrocie do domu opowiadaliśmy naszym dzieciom jak było i w pewnej chwili syn mówi; - czy wy wiecie co mówicie?

- jak to co dzielimy się wrażeniami..

Na to syn: mgła, słońce piekące, gdzieś tam znowu nad ranem deszcz pukający w namiot a wy oboje: FAJNIE BYŁO !

 

 

20:24, aga-kosa
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 lipca 2011
Cieszyć się czy płakać

W ubiegłym roku choroba nie pozwolila mi na wyjazd rowerem w Polskę. Operacja, chemia, osłabienie organizmu.

Już w marcu tego roku lekarz miał dobre dla mnie wiadomosci, które potwierdziły kolejne badania w czerwcu.

Boże jak badzo chciałam znowu rozpocząć długą podróż po kraju.

Tym razem wymyśliłam sobie wyjazd w Kotlinę Kłodzką.

Dokładne przeglądanie map, zliczanie kilometrów, planowanie gdzie się zatrzymam i gdzie odpocznę. Obiecałam lekarzowi, że nic na siłę.

Dokupiłam sobie do ekwipunku żółtą kolarską koszulkę - tak okropnie żółtą, że widać mnie było z bardzo daleka, do tego jeszcze wdzianko jakie mają kierowcy w samochodzie z odblaskowym paskiem.

27 06 2011 rano o dziewiątej wyjechałam na trasę. Mąż zaniepokojony ale chyba i dumny stoi w furtce, pies wystawia łeb przez płot a ja siadam  w"obcisłym bo to warto mieć styl" - jak w piosence - naciskam pedały i ...

Z Bogiem.

Miałam do przejechania w pierwszym dniu 115 km.Planowałam dojechać do Gostynia. Pogoda przecudnej urody, jadę sobie bocznymi drogami, nocleg zaplanowałam sobie u kuzynki męża .Gdyby mi wysiadła kondycja, gdybym się źle poczuła - dzwoniłabym do męża aby po mnie przyjechał.A gdybym powiadomiła kuzynkę, że jadę i nie dojechałabym ona by piekło niepokoju przeżywała.

Spokojnie z prędkością 15 km na godzinę, z wiaterkiem w plecy, mijałam miejscowość po miejscowości i ani się spostrzegłam jak miałam w nogach 80 km po sześciu godzinach jazdy. Zatrzymałam się w Kościanie aby zadzwonić do męża, że dobrze się czuję i mam jaszcze 35 km przed sobą. Zjadłam loda, jogurt truskawkowy i powolutku do przodu.

W Lubiniu wstąpiłam do klasztoru i potem dwa razy z górki i byłam na miejscu.

Zaskoczenie w rodzinie ogromne, telefon do męża i radocha. Radocha, że się udało przejechać, że nie odczuwam zmęczenia, że się ślicznie opaliłam.

Długo w noc z kuzynostwem opowiadaliśmy sobie rodzinne ploteczki.

Wtorek postanowiłam sobie zrobić wolny, odwiedzić kuzynkę, którą choroba przykuła do łóżka ,spróbować naładować ją pozytywnym myśleniem.

I było jak zaplanowałam.

Na środę zapowiadała się upalna pogoda do 30 stopni i zero wiatru. A ja chciałam przejechać odcinek70 km do Wołowa.Tam  zaprzyjaźnieni ludzie są właścicielami ok 70 ha torfowisk.Myślałam,że zrobię sobie znowu wolny dzień na ploteczki, kąpiel w torfowym stawie a w piątek - 77 km do Świdnicy.

I mówię, że jak ktoś ma pecha to mu w drewnianym kościele cegła na głowę spadnie.

We wtorek  wieczorem dzwoni mąż, że muszę wracać bo szwagier nie żyje i musimy na pogrzeb jechać do Zielonej Góry.

Ja sobie planowałam wizytę w Zielonej Górze ale w drodze powrotnej z Kotliny. Miałam wracać przez Lubin,  Polkowice.

Popłakałam się. Zamiast na Rawicz powrót do Kościana o 14 40 wsiadłam do pociągu pospiesznego na Świnoujście i o 18 byłam w domu.

Następnego dnia ulewa, burza, ochłodzenie do 15 stopni. Może dobrze, że musiałam wócić.W piątek pogrzeb - pogoda jak cię mogę , powrót w sobotę zimno i dzisiaj dopiero póżnym popołudniem można było się zorientować, że to lato.

Trudno. Nie wybiorę się teraz - bo  czarna porzeczka do zrywania, świętojanki też już czerwone na nalewkę pt "Sen nocy letniej", za chwilę maliny będą dobre.

Zadzwonili znajomi z poprzednich spływów kajakowych, że mają dwa wolne miejsca na rzekę Dobrzycę od Golca do Krępska - ponad 60 km. Naturalnie, że pojedziemy a później 28 na rzekę Wdę od jeziora Wdzydze.

Z rowerem obiecałam naszemu wnukowi, pojadę w sierpniu na północ do Gąsaw na kregi mocy.To około 80 km od domu. Weźmiemy namiot i przynajmniej ze trzy noclegi w pilskich lasach.

Wnuk w lipcu kończy 14 lat, ma wypasiony rower tylko rodzice zawsze się boją go samego wypuścić.

Szkoda, że Kotlina nie wypaliła. Może tak miało być, może te chłodne dni by mi zaszkodziły.

Myślałam,że szwagier z żoną przyjedzie do nas na wakacje, że zrobią sobie przetwory, myślałam, myślałam, myślałam...

 

22:20, aga-kosa
Link Komentarze (1) »
sobota, 25 czerwca 2011
Cyklistka

Rower to wolność od wszelkich kłopotów. Stary bo stary a jak się spisuje.

Podglądałam rowerowych turystów z Niemiec, którzy przyjechali do Świdnicy rowerami. Byli starsi ode mnie. Rowery wypasione, na bagażnikach sakwy (ogladałam jak są zrobione ),odpowiednie stroje, kaski.

Zazdrościłam im.

Przypomniało mi się marzenie z lat młodości, kiedy oglądałam francuskie filmy.

Było tam wielu kloszardów. Tacy niezależni ludzie. Nigdzie się nie spieszą, nic nie muszą. Ach żeby tak choć jeden raz przez tydzień.

No i jak się czegoś bardzo chce...

Przeprowadziliśmy się do Wielkopolski. Mąż miał ogród i dodatkową pracę w miejscowej spółdzielni.

Ja miałam  psa, rower i teren, który był mi już dobrze znany.

Któregoś dnia mąż przychodzi na śniadanie a ja mu mówię, że jadę do Jolki do Polic.

-autkiem?

-coś ty. Rowerem.

-Oszalałaś?

-Nie, to tylko 220km i to spokojną drogą.

Spakowałam bagaż, wzięłam kanapki i jaja na twardo i w drogę. Trzeba przyznać, że jechałam nowym rowerem z Rometa ale też z przekładnią w torpedzie.

Pogoda była wspaniała. Ani się zorientowałam jak 70 km było za mną a ja nie czułam zmęczenia.Odpoczęłam w lesie,rower oparłam o drzewo, nogi również, nademną konary drzewa i białe chmurki na błękitnym niebie. Wiedziałam, że za Biewrznikiem mieszka przyjaciółka mojej starszej siostry i tam mogę przenocować.

No to jeszcze 30 km.

Miły wieczór, prawdziwe wiejskie śniadanie, wałówka dla Jolki i dalej.

Wieczorem przed zachodem słońca byłam w Policach. Jolka ze swoim mężem chwilę wcześniej się pokłócili, Piotr strzelił drzwiami, wsiadł do samochodu i widział i poznał mnie kiedy dojeżdżałam do Polic.

Kłótnia kłótnią ale zadzwonił do Jolki, że ciotka jedzie do nich. Jolka pomyślała,że on chce się przeprosić.

Na wszelki wypadek wzięła psa na smycz i wyszła w stronę drogi do Szczecina. Usiadła sobie z wrażenia.

Ich dzieci były zachwycone, że mają taką ciocię-babcię, która przejechała w dwa dni ponad dwieście kilometrów.

Następnego dnia o wyczynie cioci-babci wiedziała szkoła, panie w sklepie, sąsiadki w bloku.

Byłam z siebie dumna, że potrafiłam pokonać taką trasę.

Dwa dni w Policach i powrót do domu.

Wiedziałam,że poradzę sobie ale nie chciałam jechać tą sama drogą.

Z wysokości siodełka widać więcej, ciekawiej, dokładniej, ogromna niezależność. Wiedziałam, że jeśli będę jeszcze jeździła to sama. Druga osoba - to obowiązek dbania o towarzysza podróży. A tak, sama sobie ; sterem,okrętem.

Wracałam przez puszczę Notecką, oglądałam pozwalane drzewa przez bobry,Porobiłam zdjęcia małych domków w Drezdenku i potem przez Krzyż,Sieraków do domu.Po drodze spotykałam ciekawych ludzi. Oni byli zaskoczeni, że kobieta nie boi się na taką trasę sama wypuścic.

Po kilku latach zdałam sobie sprawę, że byhła to ryzykowna eskapada.Lasy, puszcza, z rzadka w lasach zagubione wioski a ja bez telefonu,z aparatem fotograficznym i niewielką kwotą, na ewentualny nocleg w schronisku i coś do jedzenia.

Ale jedynym utrapieniem były meszki.

W puiszczy, kiedy pchałam rower po piaszczystej drodze gryzły jak by im ktoś płacił.

Pan o którym mówiono, że jest "mądry" to znaczy był zielarzem powiedział, że mam kupić olejek wanilinowy do ciasta i ty się nasmarować. Będę miała święty spokój.

Posiedzieliśmy, pogadaliśmy.On był ciekawy świata a ja ciekawa tego, czym on sie zajmuje.

Z tego spotkania uzyskałam przepis na zastarzałe bółe reumatyczne. Pan miał obiekcje zdradzając przepis, który mu przynosił profity ale mu wyjaśniłam, że nie jestem konkurencją tylko moja córka studiuje etnografie a to o czym on opowiada to jest kawał naszej kultury.Ale mi wyszło długie zdanie.

Pan się przemógł i powiedział, że bierzemy pół kilograma gęsiego tłuszczu dodajemy buteleczkę oleju rycynowego z apteki, rozpuszczamy i lek gotowy.Ból przechodzi szybko ale żeby na długo to proponuje smarować przez trzydzieści wieczorów.Powiedział, że kręgosłup należy delikatnie a najlepiej znaleźć prawdziwego masażystę żeby krzywdy nie zrobić.

Taki z bolącym kręgosłupem powinien położyć się na ławce, opuścić kończyny, niczym piesPluto i dekikatnie okrężnymi ruchami - zgodnie ze wskazówkami zegara masować nie przyciskając na siłę.

Była w tym jakaś magia; okrężne ruchy, wskazówki zegara, trzydzieści dni.

Kiedy wróciłam do domu, kupiłam smalec, rycyne i smarowałam swoje sfatygowane stawy.

Gość miał racje ból przechodził.

Pomyślałam sobie, że jeśli będę jeszcze jeżdziła - powinnam zbierac takie przepisy bo zginą

 

21:24, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 czerwca 2011
Cyklistka

W Świdnicy jest kościół Zielonoświątkowy i w trudnym okresie przemian przy tym kościele działał sklep z darami z zachodu.

Sprzedawano dary za niewielkie pieniądze i zebrane kwoty były przeznaczane na pomoc  dla potrzebujących.

Nie wiem czy żywność była sprzedawana, czy rozdawana ale np rower to sobie tam kupiłam za 100 zł - na początku lat osiemdziesiątych -śmiesznie tanio. 

Była to damka trójbiegowa z torpedem w piaście.Do jazdy po lasach i pagórkach doskonała.Gdzie nie dałam rady przejechać przenosiłam go na plecach. Spisywała się doskonale.

Kiedy byłam zmęczona pracą, jakiś stres, klimakterium a więc płaczliwość, kłótliwośc itp - siadałam na rower i całe popołudnie po lasach. Wracałam zmęczona ale i spokojna.

Kiedyś namówiłam męża aby pojechał ze mną i zobaczył jakie piękne okolice.

Wyjechaliśmy niezbyt daleko. Po 10 km mąż mówi, że wracamy bo jest zmęczony i  siodło musi zmienić bo go cztery litery bolą. Wróciliśmy. Zmienił siodełko ,następny wyjazd znowu felerne siodełko.I tak jeszcze dwa razy. W końcu doszedł do wniosku, że to nie wina siodełka  ale d..a przyzwyczaiła się do krzesełka.

Trudno, nie to nie.

Wzięłam mapy okolicy i szukałam ciekawych tras.Na mapie była "Piwna droga" - trasa którą prowadzono kontrabandę z Czech z piwem.Na mapie wskazywało,że droga wiedzie z Bojanic, szczytem gór w stronę Górnej Lutomii.

Pojechałam, szukałam, miejscami pchałam, miejscami niosła rower - dotarłam do Górnej Lutomii i okazuje się, że Piwna Droga z mapy to Słoneczny  Trakt  idący od Piernikowej Górki.

Byłam spocona, zakurzona i tak wspaniale zmęczona.

W ciągu pięciu lat zwiedziłam wszystkie ciekawe zakątki w promieniu 30 km.

Dzieci i mąż dawali się namawiać na wyprawy ale piesze. Chodził z nami pies, który zbierał kamienie i przynosił je na podwórko i kot Łazik.

Łazik zbaczał często z drogi czy ścieżki aby pobuszować z boku ale potem dołączał do naszej grupy.

Myślałam, że kot z przywiazania do nas tak towarzyszy ale okazało się, że nie.

Kiedyś mieliśmy gości, którzy wyszli z domu o wschodzie słońca aby pospacerować po górkach i Łazik im towarzyszył.

Kiedy dzieci wyfrunęły z domu, zamieszkały w pobliżu Poznania i myśmy nie mieli powodu mieszkać na Dolnym Śląsku. Dom był duży, wybudowany w okresie "późnego Gierka",  klocek, 270 m2,  z dużymi oknami, dwie kuchnie, dwie łazienki, z myślą,  że dzieci będą mieszkać z nami.

Zostawić i liczyć, że raz do roku przyjadą na urlop - z ogrzewaniem  byśmy finansowo nie wyrobili.

 Na szczęście trafił się kupiec. Właściciel jakiejś firmy i jego stać na taki dom.

Myśmy szukali czegoś w bezpiecznej odległości od dzieci.

W firmie zajmującej się sprzedażą nieruchomości mąż zobaczył zdjęcie domku z gankiem z białymi oknami - to była połowa urokliwości chatki ( tak jeszcze w okna dać firaneczki na szydełku i pelargonie). Do ekstazy doprowadził go  rosnący na podwórku orzech.

Ma conajmniej 50 lat, rozpietość konarów około 20 m, pod nim studnia, stolik i ławka a gałęzie latem tworzą parasol sięgający gałęziami do ziemi.

Nic innego nie wchodziło w grę.

Ogród zarośnięty ( 0,25 ha),jakieś zabudowania, wieś mała w dodatku daleko od  szosy.

Dzieciom się podobało. Czy mamusia wyobraża sobie tatusia bez ogródka?

 Co miałam odpowiedzieć.

Kupiliśmy.

Mąż kopał, plewił, sadził siał.

Brałam rower i jechałam przed siebie.

Póżniej zięć dał mi wojskowe mapy okolicy. Nawet w lesie nie byłabym w stanie zabłądzić.

Okolica przecudnej urody. Jeziora rynnowe z czystą wodą (Raki !), wzgórza morenowe, bagienka z liliami wodnymi i lasy z grzybami.

Kiedyś z roweru spadłam bo nagle i niespodziewanie zobaczyłam jeziorko.Niebo u góry i odbite jak w lusterku na dole.Cisza, żywej duszy dookoła...Ech !I nazywa się Luśnia.

Pytam tubylców gdzie się na grzyby chodzi - bo na Dolnym Śląsku aż pod Bolesławiec jeździli - odpowiedź, że do lasu.

Miałam wspaniałego psa "Storas" , który wszędzie mi towarzyszył. Szukaliśmy w lasach miejsc gdzie były podeptane niejadalne grzyby, znaczyło to, że ktoś tam czegoś szukał.

Kiedyś nad jeziorem ok 12 kn od domu znalazłam grzyby. Rosły tak jak nasiane. Zbierałam na kolanach, żeby mi któryś nie umknął. Pies w tym czasie gdzieś odbiegł.

Miałam pełne sakwy, kangurkę, czapkę i wtedy pojawia się pies. Klepię go po karku,że mądry psina wiedział kiedy wrócić a mój pies znalazł sobie krowie łajno i cały się w tym wytarzał. Miał taki szczęśliwy pysk a uśmiechem kretyna a ja wypapraną rękę.

Nie mogłam z nim wracać do domu. Rozebrałam się, wciągnęłam psa do jeziora i zepsułam mu całą radość.

Grzybki w domu oczyściłam, odpadki do papierowej torby i następnego dnia w innym lesie o podobnej roślinności wysypywałam.

Kiedyśpo południu wzięłam rower i pojechałam do jednego z lasów poszukać jakieś grzyby do jajecznicy na kolację. Trzeba powiedzieć, że od dwóch tygodni była susza. Pojechałam nad jezioro,pomoczyłam nogi, pojadłam poziomek i zeszłam nad potoczek.

Byłam trzeźwa, nie naćpana, nie zaspana.Kawał lasu z kozakami i prawdziwkami jak deserowe talerzyki.Niesamowite.Napakowałam we wszystko co miałam na sobie i przed wieczorem przywiozłam do domu. Budzik nastawiłam sobie na wschód słońca i pojechałam z dwoma koszami i sakwy na rowerze.

Nim dojechałam do moich grzybów na polanie, z mgły wynurzyła się para żurawi.

Szczęka mi opadła. To był balet, Jezu, jaki cudny

 Oba jednakowo płynęły nad mgłą, skrzydła miały te same machy i ten ich krzyk: kłał! Kłał .Słów mi brakuje..

To był moment kiedy zakochałam się w Pyrlandii.

Grzyby nazbierałam, przywiozłam do domu i suszyłam je na betonie na podwórku.

Kiedy weszła sołtysowa i pytała skąd mam grzyby mogłam powiedzieć z lasu.

Na dzisiaj to by było tyle  a przygoda z rowerem dopiero się zaczyna.

 

 

20:43, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Kierowca

 

Prawo jazdy zrobiłam dosyć póżno ale to przez mojego tatę - bo jak mu rozwaliłam motor tak, że go w koszyku do domu przyniósł  a sobie zdarłam tylko skórę ze wskazującego palca - powiedział, że prędzej plecy swoje zobaczy niż się zgodzi żebym miała prawo jazdy. Był zdania, że jeśli bym się poturbowała, na zaś myślałabym co robię.

Mąż mi pozwolił zrobić prawo jazdy.W 1975 kupiliśmy na giełdzie w Warszawie "Syrenkę".

Miałam nieprzeciętnego pecha i to umiejscowionego w konkretnej "czasoprzestrzeni". Każdego miesiąca pomiędzy 20 a 25 dniem miesiąca miałam stłuczkę, z której ja wychodziłam cało a auto było poszkodowane.

Najgorsze było to, że wracałam do domu, mąż stał na ganku i stwierdzał: dziewczyno (bo jak był zły to mnie od dziewczyn wymyślał), tyle czasu jeżdżę i auto całe - a ty na drogę nie patrzysz.

Prowadziłam auto do naprawy a po miesiącu sytuacja podobna.

Powiedziałam sobie stop, przez pięć dni nie jeżdżę.

Któregoś dnia zadzwonił ojciec z propozycją żebyśmy pojechali do DDR - można było na dowód pojechać - a w Baucen  mieliśmy zaprzyjaźnioną rodzinę.

A swoją drogą w Baucen miałam niezłą przygodę; syn naszych znajomych- rówieśnik- zwracając sie do mnie używał słowa heksa. Jak wróciłam do domu to zapominałam sprawdzić w słowniku znaczenie słowa.

Kiedyś przy zwiedzaniu miasta z mostu patrząc hen w dolinę kazał mi kukać na Heksenhaus. 

Zemsta była okrutna bo kiedy byli u nas z rewizytą poszedł z nami na zabawę.Podobała mu sie dziewczyna i zapytał jak powiedzieć jej komplement.

Naturalnie, że powiedziałam: przebieraj nogami kochanie.

Powtórzył!

Ale wracam do pecha.

Męża w domu nie było ale to był 20. Wiedziałam, że mam przejechać 33 km a dalej jechałby ojciec. W Świdnicy dojeżdżam do skrzyżowania popatrzyłam w lewo, popatrzyłam w prawo, jeszcze raz w lewo i z zachowaniem szczególnej ostrożności wjechałam na skrzyżowanie .

 ŁUP !

Miałam na sobie auto z betoniarką. Naturalnie nie moja wina i ja byłam cała i zdrowa.

Zaciągnęłam auto do blacharza, znał mnie i obiecał zrobić szybko żeby mąż się nie pieklił.

25 przed południem odebrałam auto jadę do domu trzymając się jak najbardziej prawej strony i na łuku drogi :ŁUP!

Nawet do domu nie wracałam.

"Syrenka" wyglądała jak po rajdzie

Dotarło do mojej świadomości, że w tym okresie nie powinnam siadać za kierownicę. 

Ogromną radochą było kiedy mąż miał stłuczkę bo wiedziałam, że już więcej nie powie, że tylko ja Syrenkę" obijam.

Nieszczęścia chodzą parami i w Dniu Kobiet milicjant odebrał mężowi prawo jazdy i wcale nie za to, że mąż nie był kobietą. A może gdyby był to by mu się udało. Kurde, prawie na polnej drodze.

 Obsługa "Syrenki" była więc na mojej głowie.Do wożenia się byli wszyscy a umyć to kierowca, zatankować kierowca itd.

Nie miałam powodu żeby się z tego cieszyć. Na szczęście poznałam solidnego mechanika i on sprawował pieczę nad "autem" ( napisałam w cudzysłowie bo w latach siedemdziesiątych Syrenkę miał MYSLICIEL - to był taki ktoś, kto myślał, że ma samochód). W zamian za opiekę  - mechanikowi pożyczałam  auto do załatwiania jego spraw.

Syrenka była doskonałym środkiem transportu, budowaliśmy się i masę materiałów zwoziłam właśnie Syrenką.

Miałam tylko jeden kłopot jak zawrócić na wąskiej drodze. Zazwyczaj dojeżdżałam do najbliższego skrzyżowania i tam nie było kłopotu a na drodze wysiadałam z auta i mąż robił to za mnie.

Kiedyś jechałam sama. Śnieg, zaspy a ja mam rezerwę paliwa. Jak dojadę do skrzyżowania to nie dojadę do CPN . Powolutku, pomalutku , udało się. Ale byłam z siebie dumna.

Przypominam, że były to lata siedemdziesiąte i początek osiemdziesiątych i nie było takiego ruchu jak teraz.

Kiedy trafił się kupiec chętnie sprzedaliśmy nasze "auto".Mieszkaliśmy już wtedy blisko przystanku autobusowego a bilety były dużo tańsze niż utrzymywanie samochodu.

Przeprowadziliśmy się do Wielkopolski.

Kupiliśmy Opla.

NIe, nie, nie! Nie usiądę za kierownicą! Ja kierowcą już byłam.

Mąż zrobił prawo jazdy.Dzieci go zawiozły na egzamin ale powiedziały, że teraz to ja muszę abiturienta zawieźć do domu.

Był wieczór, deszcz. Wjeżdżam na A2. Koleiny pełne deszczu. Auto pływa. Z naprzeciwka tiry,oślepiają mnie (okularnica),zjeżdżam na białą ciągłą linię po mojej prawej stronie. Mąż protestuje, że może ktoś być na poboczu i potrącę. --To niech się nie włóczy!

 Przyklejona do szyby , ze łzami w oczach modlę się do Matki Boskiej z matusinego obrazka - żebym szczęśliwie do domu dojechała.

Udało się.

Jak mieliśmy znowu oboje prawo jazdy chętnie siadałam za kierownicę.Zmieniliśmy autko.

Byliśmy na urodzinach u wuja. Wypijesz zapytał jubilat mojego męża

- Jeśli Aga będzie prowadziła..

Do domu było około 20 km  mało uczęszczaną drogą . No dobra, poprowadzę. Wieczorem ciemno, dojeżdżam do drogi z pierszeństwem przejazdu, zatrzymuję auto,spoglądam w lewo, spoglądam w prawo, w lewo naciskam pedał gazu, spuszczam sprzęgło ,widzę przed maską kundla, któremu udało sie przebiec i

 ŁUP!

Wyrżnęłam w wilczura . Mąż mówi, że go widział. Ja nie.

Dojechaliśmy do domu.Zdeżak do wymiany. Tym razem nie powiedział mi dziewczyno.

Nie wiedziałam, że to był 23.

Od tego psiego wypadku nie prowadzę po zmroku.

Jedziemy na balety, mąż w roli kierowcy, trzeźwiutńki jak niemowlę. Tańczy dobrze i taki trzeźwy danseur to atrakcja na każdych baletach.

Jak go ktos namawia i mówi, że Aga ma prawo jazdy odpowiada, że Aga po zmroku nie prowadzi  ze wzgledu na utrzymanie bezpieczeństwa na drodze.

 

 

 

16:28, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 czerwca 2011
Pan Michał

Nasze dzieci bardzo sobie ceniły pana Michała i ilekroć z przyjaciółmi szli na Wielka Sowę - pan Michał był odwiedzany.

Był taki trudny okres w życiu naszej córki, że nie wiedzieliśmy co będzie dalej ( była po dwóch operacjach).Nie wiem skąd on to wiedział. W Boże Narodzenie namalował obraz ,nietypowy jak dla jego twórczości.

Było  - jest to -połączenie pieciu barwnych żywiołów  w gmatwaninie barw i kresek i z tego, w środku rodzi się piękny kwiat.

Podpisał z drugiej strony, że to dla niej. Polecił powiesić nad łóżkiem aby po obudzeniu zdawała sobie sprawę, że świat jest piękny i jeśli boli -to po to aby człowiek wiedział - jakie wielkie szczęście kiedy nie boli.

Córa dostała od niego jeszcze jeden obraz.W 1999 r brała ślub a pan Michał dał jej widok z drogą biegnącą przez las. Las w słońcu i złocie liści. Droga kręta z wybojami ale pan Michał powiedział, że tylko takie drogi są ciekawe.

Miał ogromnie interesujący sposób opowiadania i patrzenia na życie.

Kiedyś nasze dzieciaki ( dzieciaki konie pod dwudziestkę) z grupą rówieśników wybrały się na zwiedzanie Walimskich lochów.Było to jeszcze na dziko, bo dopiero kilka lat póżniej otwarto sztolnię w Rzeczce. 

Wybrałam sie z nimi i Teresą ale tylko do Glinna.Myśmy zostały u pana Michała a młodzi poszli dalej.

Mówimy do niego, że tak blisko mieszka czy nie nęciło go pozagladać?Na to pan Michał: tam straciło życie ponad 22 000 ludzi. Każdy kamyk okupiony krwią, potem, życiem.. To nie jest dobre do oglądania.

Zrobiło się nam głupio, że tak nie pomyślałyśmy i nie odwiodły młodych od eskapady.

Po chwili uświadamiając sobie, że pan Michał z Kresów pochodzi zapytałam co sądzi o Katyniu - bo już wszyscy głośno o tym mówili.

-Jeśli ich ziemia przyjęła i Bóg ich przyjął to politycy na tym kariery robić nie powinni.

Jakie mądre słowa.On nie chcial rozliczać nikogo za śmierć. To była wojna. Niesprawiedliwa, okrutna  dla każdego (on pamieta swoją dziecięcą wojnę  zimną i głodną - nie szukał winnych) ale jeśli ktoś twierdzi, że jest katolikiem to dwa przykazania miłości powinne być najważniejsze.

Kiedyś zobaczyłam u niego obraz przedstawiający gospodarstwo na Kresach Drewniane zabudowania. W jednym z okien budynku świeciło się światło. Zażartowałam sobie z niego, że światło w oknie świadczy, że pan Michał na kogoś czeka - czyżby kobieta się pojawiła w życiu?

- Nie, tylko pogodziłem się z bratem.

Brat mieszkał w pobliżu ale miał za złe panu Michałowi, że przejął gospodarstwo rodziców. Nie brał pod uwagę, że razem z gospodarstwem dostał  też do opieki do samej śmierci rodziców.

Kiedy wiedział, że serce ma kiepściutkie wszystko zapisał bratankowi. Wtedy brat zaczął go odwiedzać.

Dostałam w prezencie niemal jak by na pożegnanie w gwaszu kościół z naszej wsi, Jezusa ukrzyżowanego - namalowanego tak jak powinien wyglądać  wiszący człowiek  z ponaciąganymi mięśniami  i nie stary ale młody człowiek niesłychanie umęczony i cierpiący oraz obrazek w oleju; dwoje ludzi stojących na mostku wśród dojrzałych jarzębin.

W 2001 roku - mieszkaliśmy już w wielkopolskiem - dostaliśmy wiadomość, że Pan Michał nie żyje. Miał 63 lata.

Okazało się, że ksiądz odmówił przyjścia na cmentarz.Ludzi było bardzo dużo, bo umiał sobie zjednywać przyjaciół.

Myśmy nie mogli pojechać.

Ania opowiadała, że poprosiła nad mogiłą o możliwość powiedzenia kilku słów o panu Michale.

Miała od niego piękny duży obraz z Matką Boską. Ofiarowała go w imieniu i na pamiątkę pana Michała - czlowieka z wielkim talentem i sercem - do kościoła w Glinnie,  blisko którego mieszkał pan Michał.

Zaimponował mi swoją skromnością, niezależnością a jednak podporządkowaniu się prawom natury, zero zachłanności, zazdrości , gromadzenia dóbr doczesnych. Tak umieć przeżyć.

Ps; skleroza mnie dosięga; kardynalny błąd "pejzaż" przez "rz "i wcale mnie to nie raziło.

Oj starzejesz mi się aga, starzejesz

22:08, aga-kosa
Link Komentarze (1) »
Pan Michał

Ania ma we Wrocławiu wielu znajomych i przyjaciół.

Pokazała komuś z ASP prace pana Michała. Okazało się, że są warte zainteresowania.

Któregoś dnia pan profesor ze studentami przyjechali do Glinna aby zapoznać sie z twórczościa samouka.

Byli zaskoczeni tym dolnośląskim "Nikiforem"

W pracach Michała  nie było naiwności w rysunku. Zachował wszelkie reguły.

Najzabawniejszy moment był wtedy gdy pokazali mu obraz jakiegoś niemieckiego klasyka w malarstwie był to obraz przedstawiający Chrystusa na krzyżu w zimowym krajobrazie. Pan Michał nie zwracał uwagi na nazwisko, tylko stwierdził, że tak nie wyglada człowiek kiedy wisi.tak nie pada cień na poryty śnieg - powinien być pozałamywany. Studenci byli zaskoczeni. Obraz Hefajstos w kuźni wg pana Michała też miał wady.

Studenci podają tytuł hrabiego von coś tam a pan Michał na to, że on i tak jest lepszy od tego Von.

Zdziwienie.A pan Michał wyjśnia, że tamten dostawał wszystko do malowania gotowe a on sam sobie musi wszystko w gospodarstwie zrobić - czego Von nie musiał i na malowanie czas znajduje.

Kiedyś opowiadał o swoich przygodach z ksiedzem.

Mieszkał pan Michał tak blisko kościoła, że jego stodoła opierała się o kościelne ogrodzenie.

Kiedy zmarła jego matka , poszedł do ksiedza z prośbą żeby na cmentarzu nie zbierał pieniędzyna kolektę. Mówił,że zapłacił wiecej, bo chodziło oto, że na pogrzeb mieli przyjść ludzie prosto z zakładu gdzie pracowała jego matka. Zdawał sobie sprawę, że będą się czuli  zakłopotani.

W tak trudnej sytuacji myślał o innych.

Kaiądz pomimo wszystko z tacą pobiegał.

Obraził mocno pana Michała. 

Pan Michał przestał chodzić do kościoła.

Dla niego las i pole były świątynią stworzoną przez Najwyższego.

Przyszedł czas kolędy, Proboszcz z pasterską wizytą odwiedza najbliższego sąsiada a pan  Michał grzecznie poprosił, żeby ksiądz do niego nie przychodził bo on ma trochę nabałaganione i pies luzem po podwórku chodzi...

Proboszcz na to, że nie widuje go w kościele..

- A jak bym sie spocił i niech by mnie zawiało, to kto mnie będzie leczył.

Każdy pozostał przy swoim.

Panem Michałem i jego twórczością zaczęli sie interesować GOK,powiat, prywatni ludzie.

W pewnym momencie obrazami zarabiał na środki do prowadzenia gospodarstwa.Był taki moment w rolnictwie ( i nic się dotej pory nie zmieniło), że w rolnictwie opłacało się tylko...podatki.

Pracował ciężko i często jego serce dawało mu znać, że jest nie tylko w ten sposób, że miał je dla innych.

Ania załatwiła mu badania we Wrocławiu. Jego serce mimo, że wielkie było chore.

Dlaczego piszę, że wielkie - pomagał gdy widział,że jest taka potrzeba. Mimo,że sam miał niewiele to umiał się podzielić.

Kiedyś z Bogną i Staszkiem włóczyliśmy sie po jesiennej Sowie, złapał nas deszcz i zimno. Zaproponowałam schronienie u pana Michała.Przyjął nas, podzielił się gorącym krupnikoem, dostaliśmy jeszcze ciepłe wędzone sliwki i zrobił sie miły ciepły wieczór z muzyką i poezją.

Wiedziałam jak brzmi w jego ustach Jesieninowy "Chleb" poprosiłam.

Po raz pierwszy widziałam jak emerytowany policjant płacze.

 

21:07, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 czerwca 2011
Pan Michał

Przysłuchiwał się przez chwilę , potem zapytał czy wszystkie dzieci są moje..

Dzieciaki odpowiadały kim i skąd są. 
 A ja, jestem Michał Gorczakowski -z galanterią przedstawił się przybysz. Powiedziałam, że: jam  ci Aga i mieszkam za górą w dolinie Miłej a dzieciaki są u nas na wakacjach.

Pan Michał pokazał swoje szkice i mówi, że wraca do domu bo trzeba krowy z pastwiska przyprowadzić i kobyła będzie go wyzywała, że nie jest w domu na czas.

Zapytałam co jest jego głównym zajęciem gospodarstwo czy malowanie powiedział, ze jedno, drugie i trzecie też.

Brzmiało to jak stary dowcip: pytają Wani co będzie pił wódkę czy wino?

- I piwo też - padła odpowiedź. 

Odprowadziliśmy pana Michała do jego domu. Pokazał inne obrazy i zagrał nam na własnoręcznie zrobionej cytrze.

Dla mnie to był fantastycznie pozytywnie zakrecony człowiek.

Okazało się , że pana Michała znała też moja przyjaciółka ze szkoły, która zdążyła skończyć studia, zdobyć tytuły naukowe, wyjść za mąż, zamieszkać we Wrocławiu i nie pomyślała by mi o takim człowieku opowiedzieć.

Kiedy Ania do nas wpadła i opowiedziałam jej o spotkaniu - powiedziała, że ona go zna, bo blisko mieszkała.

Wtedy wybrałyśmy się razem do pana Michała.

Ania - fantastyczna dziewczyna dla której nie było rzeczy niemożliwych, ogień nie dziewczyna, przejęła rolę mecenasa.

Dowiedziałam się, że pan Michał  miał 10 lat gdy z rodzicami przyjechał na Dolny Śląsk i tu otrzymali gospodarstwo.Nie założył rodziny, malowania nauczył się z "poniemieckiej" książki z reprodukcjami. Tak długo kombinował aż udało mu sie namalować to co chciał.

Wszystkie jego obrazy i obrazki oraz szkice to były pejzarze. Nigdy nie namalował ludzi -  ale malował "świętych" np św Tereskę, ,Matkę Boską Wiosenną - tkliwy obrazek bardzo młodej dziewczynki pod kwitnącym drzewem jabłoni. (Mówił, że Maryja była 14 letnią dziewczynka kiedy została matką i ta młoda dziewczyna  była naprawdę wiosenna. 

Nie tylko malowanie było pasją - pan Michał pisał wiersze. Wiersze, które drapały po sercu. Wiersze prawdziwe.

Np: "Pomnażanie chleba" Wczoraj na polu sadziłem ziemniaki,

pług orał ziemię jak bochen chleba.

Na miedzy w zaroślach hałasują szpaki,

od słońca nagrzana parowała gleba.

Kładzie się skiba podobna do szańca,

 z ziemniaków układam paciorki różańca,

i czynię ukłony łagodnej wiosnie,

bo z moich paciorków modlitwa urośnie.

Jesienią modlitwę swą motyką wykopię

i złożę ją w świątyni, w swej starej szopie.

A dopomoże mi w tym urodzajna gleba,

tak się czyni cud pomnażania chleba.

Zwyczajne słowa. Nigdy nie pomyslałam,że ziemniaki sadzone do gleby mogą się z różańcem kojarzyć.

A jego wiersz "Burza i po burzy " to szał!

Tylko pierwszą zwrotkę przytoczę:

Chwycił wicher chmurę w tany

grzmot do rytmu im przygrywa.

Zlani potem w żwawym tańcu,

ciepłym deszczem po nich spływa...

Bolało go, że Wielka Sowa umiera od wyziewów z Wałbrzycha .Napisał "Rapsod żałosny na  temat Wielkiej Sowy". Niech się "Zieloni" schowają.

Jak by tego było mało przeczytał nam kiedyś Jesienina poemat "Chleb". Tak czytać potrafi ktoś kto na ten chleb cieżko pracował. Jego spracowane ręce z żałobą za paznokciami, pokój razem z kuchnią i sypialnią, zawieszony widokami pobliskich wzgórz, przepiękny złoty jesienny las, lipowe rzeźby, cytra  - aby miała lepszy pogłos na metalowej wannie ,stół założony szkicami, farbami, coś na piecu. IJesienin. Łzy , którym trudno znaleźć nazwę były i w oczach i w gardle a ręce mokre od potu.

Pan Michał w takiej chwili był niesamowity.

On się nigdy nigdzie nie śpieszył.On miał czas. Pory roku wyznaczały mu co ma zrobić w gospodarstwie  i tylko naturze się podporządkowywał.

Kiedy chciał namalować obraz przypominający mu Kresowy krajobraz  ze snopami zboża poustawianymi na polu w kopy / mendle - skosił kosą 40 arów zboża, powiązał powrósłami i ustawił jak niegdyś stawiano.

Ania ze swoim mężem przyjeżdżali często do Glinna, zabierała Panamichałowe prace do kserowania, kupowała od niego obrazy .Ponieważ pan Michał nigdy nie potrafił wycenić swoich obrazów - Ania pytała go jakie płótno i jakie farby, pendzle potrzebuje i zaopatrywała go.

Mówiła, że zdaje sobie sprawę, że to dobrze wydane pieniadze.

Ania powiedziała swoim znajomym we Wrocławiu o panu Michale. Ale na dzisiaj dość.

 

 

21:07, aga-kosa
Link Komentarze (2) »
Pan Michał

Odebrałam wczoraj rower z przeglądu. Raz do roku wyjeżdżam sobie w Polskę .Realizuję w ten sposób marzenie z młodości.

Oglądałam jakiś francuski film, gdzie byli pokazani kloszardzi. Jakżesz mi się podobało, że są ludzie, którzy niczego nie muszą. Chciałam być takim kloszardem choćby przez tydzień.

Udało sie zrealizować marzenia po przejściu na emeryturę.

Nie rower jest dzisiaj głównym bohaterem - ale pan Michał.Piszę o nim z pełnym szacunkiem na jaki zasługiwał.

Mieszkaliśmy na Dolnym Śląsku 14 km od szczytu Wielkiej Sowy.

Kiedy mieliśmy na wakacjach dużo dzieci, w którymś momencie trzeba było cała czeredkę zabrać na Wielką Sowę aby  nie tęskniły za domem i nie znudziły się wzajemnym towarzystwem.

Do plecaka wrzucaliśmy świeże ogórki, dwa bochenki chleba, jakąś kiełbasę i sok domowej  roboty w butelce - bo woda była w strumieniu Miłka. Po drodze była też Studzienka Kroacka - do której po wodę przyjeżdżali ludzie ze Świdnicy.Na szczycie Wielkiej Sowy ognisko, jakieś zabawy  i powrót przed wieczorem do domu. Dzieciaki zazwyczaj były tak umęczone, że miałam kilka dni spokoju.

Kiedyś wracaliśmy i dzieciaki widziału jak górale - prawdziwi gdzieś z Makowa Podhalańskiego - zapędzali do koszary owce na noc.

Myśmy siedzieli na jednym zboczu a górale po drugiej stronie.

Powiedziałam dzieciakom, że górale sobie przyśpiewują w górach a echo niesie.Była przedwieczorna pora, cisza i wtedy pełna piersią zaśpiewałam :Helo, juhasie, juhasie jako ci się pasie. Górale mieli poczucie humoru i odśpiewali: helo, dobrze mi się pasie. Dzieciaki pytały czy mogą przyjść na ser.Odpowiedzieli, że nie mają - no to przerobiłam przyśpiewkę: co to za gospodarz co nie ma chałpy, co to za dziewczyna , co nie daje ...wina. Ale ja byłam grzeczną opiekunką i zakończyłam nie co to za dziewczyna tylko: co to jest za sknera , co nie daje sera.

Potem dzieciaki wymyślały różne teksty a górale nie byli dłużni.

 Sera noie dostaliśmy ale w strone wsi Glinno szedł pan w wieku mojego męża, ubrany po wsiowemu i targający przybory do malowania.

Wydrukuje sobie ta część bo wczoraj mi zmazało. Ale sie cieszyłam, że dzisiaj od nowa

 

19:55, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 czerwca 2011
Martynka

 

Zabiegany człowiek taki, że ledwie w poniedziałek rano wstanę okręcę się wokoło siebie i już sobota wieczór. Ale podobno w tym wieku to jest normalne.

Jak Bozia dała  szansę na podziwianie świata "od góry ,, to nie mogę tej szansy marnować.

26 maja minął rok od operacji. Udało się bez bólu, jojczenia, we wspaniałym samopoczuciu.Przeżyłam rok!

Czuk pytał dlaczego nie pisałam w maju - bo mi ustrojstwo odmówiło posłuszenstwa. Syn wkładał tu swoje paluchy i nic. Dopiero na forum panie doszły do wniosku, że: jeżeli nie słucha się na "E" to przełączyć na "liska".

Udało sie.

W maju syn kończył 42 lata i dziwiłam się skąd  ja mam takie stare dziecko, bo ja sie ciągle czuję na 30 no może ...35 lat.

Dowodem ogromnego zapasu energi są nasze majówki. Jesteśmy na wszelakich imprezach. A co!

Magdalena Samozwaniec powiedziała kiedyś,że: lepiej żałować za grzechy, które się popełniło, niż żałować, że sie ich nie popełniło. Mądra to kobieta była.

Drugie jej powiedzonko było: lepiej żeby cię ktoś poderwał z tyłu i przeprosił z przodu, niż miałoby to nigdy nie nastapić.

Pewnie dlatego wzięło mnie na wygłupy zwiazane z dniem dziecka.

Wczoraj w radio (ciągle nie mogę się przekonać do odmiany przez przypadki słowa radio) , ktoś powiedział: jak czas leci - pokazuje lustro i dzieci.

To prawda, że mieliśmy : urodziny syna, dzień matki, rocznicę operacji i później dzień dziecka z przedszkolakami w klubie, potem w szkole podstawowej, dwie majówki z tańcami, hulanka swawola.Wczoraj był dzień :matki, ojca i dziecka w mojej wsi.

Młoda energiczna sołtysowa zorganizowała bardzo sympatyczna imprezę. Po raz pierwszy od wielu lat. Było jadło i napoje.Poczatkowo  z pewną nieśmiałością zaczęłam wierszami o matce ( takimi co to po dnie serca poskrobać mogą) a potem już sprowokowałam zebranych do żartów i zabawy.

Wyszalałam się , w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Miało być o Martynce.

Dzisiaj w klubie seniora mieliśmy program z młodzieżą szkolną młodszą,która przychodziła ze swoimi programami rozrywkowymi do nas raz w miesiącu.

Dzisiaj był rewanż. To seniorzy przygotowali w ogrodzie zabawy ruchowe, ciasto, napoje.

Mnie na wczorajszej imprezie przyszedł pomysł, że też mogę być dzieckiem.(Sierota bo sierota ale..)

Przygotowałam sobie perukę (której nie musiałam używać), zrobiłam na niej warkoczyki i duże białe kokardy, białą bluzkę i granatową spódniczkę "układankę "z ciuchlandu. Do tego białe skarpetki i granatowe sandałki. Wypisz wymaluj - uczennica pierwszej klasy - no może troszeczkę przerośnieta.

Ładnie to sobie poukładałam , pożyczyłam od Martynki plecak i byłam przygotowana na imprezę.

Ale jestem porąbana. He, he.

W nocy odłożyłam sobie "Igraszki miłosne caryc" a sen nie chciał przyjść. Dlaczego mam sie męczyć. Wstałam, wyjęłam z biblioteczki "Poradnik seksualny dla młodych mężczyzn "( kiedyś podręcznik dla syna -teraz chyba dla wnuków), "Seks w obrazkach" jako dowód na to,że dzieci w szokole mają naukę o człowieku, książki pt :"O czym wiedziały nasze babcie" - to do historii, "Początki wróżbiarstwa"- to gospodarka i ekonomia.

No fajnie, ale samo pokazywanie książek, które przerośniete dziecko ma w plecaku to ani rozśmieszy , ani pokazać tego przy młodzieży młodszej nie można.

Sen nie przychodził.Wzięłam kartkę papieru i pomyślałam sobie, że mogę polecieć kabaretem Paranienormalni - chyba tak się nazywa (tam, gdzie chłopak w peruce rozmawia z Gochą).

Teraz nie oprę się pokusie żeby przynajmniej w skrócie nie zapisać jakie głupoty wygadywałam.

Weszłam w stroju, który sobie przygotowałam i dzieci się bardzo ucieszyły,że mają nową koleżankę - Martynkę. Brałam udział we wszystkich grach i zabawach.

 

Potem dzieci poszły sobie z rodzicami do domu . A już w swoim gronie wiedziałam, że mogę iść na całość.

Państwo zobaczą jaki ciężki tornister musi nosić dziecko w pierwszej klasie. Że nie wyglądam na pierwszoklasistkę to dlatego, że ja się za szybko urodziłam a potem nigdzie mi się nie śpieszyło. Szkoła teraz to sympatyczne miejsce nawet z jedna jedynką można przejść do drugiej klasy ale ja nigdy nie byłam minimalistką.

Nauczyciele nie mogą mi nic zrobić bo ich skameruję na telefonie.

Dałam kilku osobom potrzymać plecak - jaki cieżki a potem wysypały mi się podręczniki. Ktoś pomógł pozbierać a ja się upominałam, że mają mi wszystkie książki oddać, bo panie nauczycielki muszą się nauczyć , żeby nas uczyć ..

I wtedy w plecaku zadzwonił mi telefon.

-Gośka? Skąd wiedziałaś,że tu jestem, no jakaś akademia jest bo pani mi kazała przyjść i wierszyki powiedzieć.

-Jacy ludzie? normalni, siedzą, patrzą i się śmieją aż mają kreski na buzi.

-Cżego się śmieją?- nie wiem może im emeryturę podwyższyli albo coś.

-Ale ja mam tu powiedzieć tylko wierszyk.

-Gośka, powiedz chłopakom żeby czekali na nas koło trzepaka.

-Co jakiego trzepaka?

-Chłopcy wiedzą co to jest trzepak.

-Gośka, ty to jesteś głupia, na trzepaku twój tata wiesza dywan

-acha, wy nie macie dywana, to wiesz ja ci wytłumaczę inaczej:pamietasz te dwie pionowe rury, na których my się wywijały,no to tam tylko, że na tych rurach teraz leży trzecia na płask i to jest trzepak.

-No wiedzisz, że już wiesz.
-Gośka chłopaki przyniosą coś do picia. Franek mówił..

-Chyba mleko, bo oni są teraz juppi.

-Nie głupi, tylko mądrzy bo nie palą. A w reklamie było pij mleko - będziesz wielki..

-i wiesz Franek mówił, że ma wielki interes

-No Gośka nie bądź głupia, tobie świństwa chodzą po głowie -on ma naprawdę wielki interes.Do zrobienia.

Gośka ty jak coś palniesz ,n o wiesz, ty już lepiej idż na ten trzepak a ja pozbieram książki, powiem wierszyk z matematyki

-Gośka nie przerywaj -ach chcesz powiedzieć o Kamilu, ale co?

-Ach jak rozwiązywał zadanie o mleku i ogórkach, oj bo nie wstrzymam, muszę tu ludziom powiedzieć czego nie dostało szóste dziecko

-Gocha, to dziubek.

Odłożyłam telefon, pięknie się ukłoniłam i powiedziałam "Trudny rachunek"Julka Tuwima w potem Załuckiego "Współczesną polszczyznę" ślicznie się ukłoniłam i chciałam sobie iść -ale ludzie chcieli wiedzieć co to za zadanie.No z I kl .Sześcioro dzieci, sześć szklanek mleka i pięć ogórków. Czego nie dostało jedno dziecko. Seniorzy odpowiedzieli prawidłowo ale grzecznie: biegunki.

Jak miło mi było patrzeć na łzy cieknące po twarzach naszych seniorów. Plotłam głupoty,beztroskie i takiż był ich śmiech. Chyba dla tych łez i śmiechu, tak wielu trzęsących się wątróbek - warto było zrobić z siebie błazna.

A Martynką zostanę chyba na długo.

20:57, aga-kosa
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 kwietnia 2011
Kubuś czuwa

Nie muszę pisać jak długie były dni i noce od 7 stycznia do połowy lutego gdy pobrali mi krew na markery - takie coś we krwi wykazujace czy się  w niej cos dzieje.

Wiadomo jak trwoga to do Boga.

W chwili gdy dowiedziałam się ,że to rak,  przecztałam w internecie o rokowaniach i pozostało mi jedno; pogodzić się  i załatwić sprawy z GÓRĄ.Oczyścić sumienie abym miała czystą kartę, przeprosić kogo obraziłam .W naszym domu była tradycja, jak gdzieś się szło nie wypadało iść z pustymi rękoma.A tu przede mną  jedna z najdalszych podróży...

Poprosiłam córę,żeby mnie zawiozła do Dominikanów w Poznaniu - tam są naprawdę przyjazne warunki do spowiedzi - i wtedy po rozmowie ze spowiednikiem zrozumiałam, że nie po to jestem tu na ziemi żeby kwękać.

Którejś nocy poprosiłam swojego Anioła Stróża, którego już wcześniej nazwałam Kubusiem - bo samo Anioł Stróż to tak oficjalnie a on jest MÓJ - żeby mi pomógł przejść najtrudniejszy okres. Powiedziałam mu,że chcę coś z siebie ludziom dać. I od tej rozmowy stałam się spokojniejsza.

Pogodna to byłam  zawsze i w dodatku też wyniesiona zasada z domu :

chociaż bieda w kamienicy, ale hopla na ulicy.

Mąż mnie zabierał na wszelkie imprezy rozrywkowe z tańcami włącznie.

Między ludźmi wstępowała we mnie energia, której nikt by się po mnie nie spodziewał. Żarty, monologi, wygłupy.

Kiedyś dostaję telefon od prezesa krwiodawców i pan mi mówi, że widział mnie na imprezie u emerytów i teraz oni będą mieli rocznicę w klubie honorowych dawców krwi i czy się zgodzę u nich wystąpić z programem rozrywkowym.

Delikatnie panu tłumaczę, że nie jestem zawodowcem od rozrywki, że bardziej by sie nadał jakiś polityk bo niezły cyrk robią i że zdrowie musi mi na to pozwolić, bo właśnie kończę brać chemię.

Niemożliwe, obserwowałem panią ale jeśli tak jest to obiecuję, że jeśli będzie potrzebna krew to klub HDK załatwi , byle bym u nich wystąpiła i oni mi zapłacą.

Pomyślałam, że to robota mojego Kubusia , żebym coś  z siebie dała.

Odpowiedziałam,że przyjedziemy, że za moche - w  Wielkopolsce znaczy za darmo.Jak oni dają krew i ratują cudze życie to dlaczego ja nie mogłabym dać czegoś od siebie.

Pojechaliśmy, miałam przygotowany tekst na poważnie i na wesoło.

Tu mi się przypomniała anegdota: na dansingu nowobogacki dla swojej pani zamawia skrzypka do stolika i ma prośbę ,żeby zagrał coś smutnego i za razem wesołego.

Skrzypek się nastroił i gra bardzo  smutno , nastrojowo, powoli: - pani szanowna, pani wielmożna  i szybkie staccato:

-ja bym pania bardzo kochał, gdyby było można.

(Ale ja nie jestem skrzypkiem, chociaż ktoś kiedyś miał ambicję mnie nauczyć gry.Byłam odporna.)

Wiadomo jak ludzie się dzielą krwią to jest pewne, że to nie są ponuracy.

Najpierw oficjalna część wręczanie dyplomów, tym co najwięcej krwi dali. Pan prezes zaleca mi się i pyta czy to co przygotowałam będzie rozrywkowe ...

Poprosiłam żeby mi dał mikrofon zaraz po rozdaniu dyplomów i wtedy powiedziałam, że ludziom , którzy swoim życiem pokazują szacunek bliźniego : będziesz miłował Pana Boda swego z całego serca, myśli duszy a bliżniego swego...

Kochaj w zamian nie pragnąc zapłaty

 kochaj w chorobie, gniewie i radosci ,

kochaj słodki smak cukrowej waty,

i kochaj miłość dla czystej miłaści

 kochaj świat co w szalonym biegu

 a bliźniego swego...

I jeszcze dwie zwrotki z jednakowym zakończeniem.

Owacja spowodowała,że się pozbyłam tremy i śladów złego samopoczucia.

Potem, kiedy już było nieoficjalnie byłam ubrana w czarna bluzkę i portfelową spódnicę, która się trzymała tylko na jednym troczku.

Pod spodem miałam założoną mini spódnicę i rajstopy kabaretki. ( wcześniej obejrzałam nogi w lustrze i zasięgnęłam opini uczciwego człowieka, że mogę nogi pokazać).

W chwili gdy kończyłam monolog Stępnia i zaczynałam Pietrzaka pociągnęłam za troczek i spódnica spadła a ja zostałam w mini.

Radość jaką ludziom sprawiłam zastąpiła mi kilka kuracji.

(Tak to wygląda jak się zaprasza porąbaną kobietę).

Potem jeszcze i jeszcze .Do domu wróciliśmy o trzeciej nad ranem.Miałam poczucie, że zrobiłam coś dobrego.

Kubusiu, tylko tak dalej!

Pojechaliśmy w marcu na badania tomografii. Po tygodniu jeszcze raz po wyniki.

Nie wiem, czym to było spowodowane ,wiedziałam,że innej opcji nie ma . Jest dobrze.

W rejestracji dostałam wynik i po chwili lekarz poprosił mnie do siebie i powiedział,że chciałby każdemu przekazywać takie wiadomości. Wiadomo, co zrobiłam.

Już tylko dlatego żebym nie uszkodziła młodego onkologa więcej na oddział przyjmować mnie nie powinni.

Wstąpiłam jeszcze do pielęgniarek powiedzieć im, że dopiero w czerwcu na markery do nich przyjadę a jedna z nich powiedziała, że ADHD to nie na ich oddziale.

Wiem, to robota mojego Kubusia.

Boże tyle szczęścia, tyle szczęścia. Dziękuje.

 

 

20:22, aga-kosa
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 marca 2011
Walka

Na kajakach było przecudnie. Rzeka płytka ale trzeba było też przepłynąć przez jezioro Okrągłe , był wiatr w twarz i trzeba było się namachać.

 Ciekawe dlaczego prędkość lotu samolotu liczy się w machach a kajaku w kilometrach na godzinę. Przecież myśmy się tak bardzo namachali wiosłami. Wystarczyło w czasie tego wiatru dać sobie luz to pchał nas do tyłu.

W pewnej chwili wydawało mi się, że tak powinnam walczyć o przetrwanie; żadnego luzu - wiosło w garść i do przodu.

 Prosto ze spływu powrót na chemię. Pomimo zmęczenia energia mnie rozpierała.

Dostałam skierowanie na badanie szpiku. Córka mówiła, że wbijają gruba igłę w biodro pod znieczuleniem następnie wiercą w kości i nieprzyjemne odczucia są tylko w momencie zassania szpiku.

Skierowanie ( do innego szpitala niż ten w którym się leczę )w garść i optymistka - myślałam, że to tak z marszu;Wchodzę pokazuję i już.

Kazali przyjechać za miesiąc  - i tak bardzo szybko.

Kiedy już był termin badania mąż musiał wyjechać ale go uspokajałam, że sobie poradzę - dojadę do PKSu autkiem a dalej to wszędzie blisko.

Panie w szpitalu zapytały kto ze mną jest i kazały zadzwonić po kogoś kto mnie odbierze.

Wjazd na czwarte pietro. Wystawić ku górze cztery litery, jakiś zastrzyk i rozmowa o wszystkim i niczym.

W pewnym momencie poczułam, że coś mi z tyłu robią - nie napiszę dosłownie koło czego bo jestem dobrze wychowana.

Wydawało mi się, że już się dowierciły  i oczekiwałam na ten nieprzyjemny moment zassania a pani mi mówi, że już koniec i pobrała nie tylko szpik aby wiedzieć jak się komórki namnażają ale i trepanację kości do czegoś.

Do czego to już za bardzo nie zrozumiałam, bo mi się zebrało na "plucie" pomimo tego, że nic nie jadłam.Efekt znieczulenia.

Przyjechał po mnie syn, poczekał aż mi przejdzie, panie pielegniarki dały mi ligninę do reklamówki i pojechaliśmy.Co samochód podskoczył to plułam do reklamówki i pytałam syna czy ma w domu pampersy bo mi się w takiej sytuacji przypomniał dowcip:

Młoda matka przyszła z niemowlakiem do lekarza. Lekarz bada niemowlaka i patrzy, że pampers jest przepełniony. Dlaczego pani nie zmieniła pampersa pyta matkę - bo tam było na opakowaniu napisane do 12 kg.

Mnie by się taki pampers przydał. Do wieczora wyglądałam jak pies Pluto.

Po miesiącu miałam doskonałą wiadomość - komórki się doskonale namnażały a lekarz na chemii mówił mi, że wiek jest przeszkodą w namnażaniu.Jaki wiek?!

Zdawałam sobie sprawę, że aktywnie spędzony czas jest moim sprzymierzeńcem.Najpierw więc nieśmiałe wyprawy  do pobliskiego lasu z kijkami, potem po grzyby, potem rower, balety.

Kiedy wychodziliśmy miedzy ludzi smarowałam twarz chusteczkami samopalającymi co bym ludzi nie straszyła.

 Pomna tego,co na wstępie leczenia powiedział lekarz, że mogą włosy wyjść przycięłam je nieco, zrobiłam sobie kilka czapeczek nachodzące na czoło, dostałam od córki jej perukę a moje włosy nie tylko nie wyszły ale się zagęściły. Zawsze miałam mysie włosy a tu taka frajda. Ja byłam psychicznie przygotowana, że wyłysieję.

Kolejny wyjazd na chemię i okazuje się ,że jest za mało płytek. W takiej sytuacji odsyłają pacjenta do domu, bo lekarstwa na przybycie płytek nie wymyślono.Jest to najbardziej przykry moment dla pacjenta świadczący, że organizm ma kłopoty.

 Awanturuję się, że ja się dobrze czuję i  wyliczyłam sobie, że ostatnia chemia będzie tuż przed Bożym Narodzeniem a tak moje plany o kant czegoś można rozbić.

Niestety. Córa mi powiedziała, że podanie chemii w takiej sytuacji mogłoby doprowadzić do krwotoku. No trudno. Od tego czasu miałam chemią co trzy tygodnie.

Niesamowite ale polubiłam te swoje wyjazdy, spotkania z innymi pacjentami - nawiązują się sympatie ludzi związanych podobną chorobą.

Różnie pacjenci reagują. Któregoś razu na sali położyli młodą kobietę, która bardzo płakała.Okazało się,że wyglądała na młodą - była tuż po czterdziestce.Była załamana.Miała strasznego doła.Przychodziła do niej rodzina i wszyscy jej powtarzali będzie dobrze, nie płacz a ją to jeszcze bardziej rozstrajało.Myślę,że takie wizyty męczą pacjenta i powinne być wtedy, gdy pacjent leży kilka długich dni a nie na siedemdziesiąt dwie godziny i tabun znajomych jak by człowiek miał umrzeć i wszyscy chcą jeszcze zobaczyć. Kiedy wszyscy już poszli  a ona w nocy płakała podeszłam potrzymać za rękę, pogłaskać po dłoni , uścisnąć. Ona najbardziej się bała co będzie z jej dziećmi.

Powiedziałam,że jeszcze ma coś do zrobienia i musi sobie zapracować na to by odejść, bo to nie jest tak szybko hop, siup z poniedziałku na piątek.A na dodatek ma wielkie szczęście bo lekarz opiekujący się nia nazywał się Gabriel. Miała więc swojego Anioła, który ją przez chorobę przeprowadzi.

Kiedyś siedzę na korytarzu już z weflonem i czekam jak inni na decyzję ,że wyniki są dobre i zostaję. Usiadł obok mnie pacjent pesymista  a ja  wiedziałam od szeptuchy,że jak się złapie mężczyznę za kolano, to spotka kobietę szczęście.Zapytałam grzecznie czy go mogę uścisnąć , on sie zgodził i jak go pomacałam pozostali zaczęli się śmiać i snuć domysły po co to zrobiłam.Dogadywanki, atmosfera się rozluźniła, mój doktor mówi mi ,że zostaję i wtedy podziękowałam panu za kolano bo przyniosło mi szczęście.

Wyniczki jak mówią w Wielkopolsce były dobre.

No cóż w porywie radości chwyciłam lekarza ( a drobniutki był) w pól i okręciłam dookoła siebie. Postawiłam go i pytam : to co ja tutaj robię?

- sam się dziwię.

 7 01 2011 dostałam ostatnią chemię.Na kontrol za miesiąc.

Po ostatniej chemi makijaż, kieca, buty na obcasie i na balety. Zaliczyłam wszystkie sesje. Należało mi się.

Ja też mam swojego Anioła, bardzo Go lubię - nadałam mu imię Kubuś i bardzo często proszę go aby zaniósł moje prośby do Pana Boga.

Twierdzę, że Bozia dała mi talent, dobrą pamięć i dykcję, że znam  mnóstwo różnych utworów powodujących ,że słuchający mnie ludzie śmieją się a kiedy chcę ich wzruszyć to też mi sie udaje. Mówię więc Kubusiowi - powiedz Panu żeby mi pozwolił jeszcze ludziom sprawić przyjemność.

 

 

22:54, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 marca 2011
Ustawienie chemii

Wypuścili mnie ze szpitala w połowie czerwca, kilka dni póżniej dostałam telefon,że mam się zgłosić na chemioterapię.

Pojechałam razem z córką,bo ona po przejściach i ogromnie realna dziewczyna. Poprosiłam lekarza żeby była przy mnie gdyż wtedy ona będzie słyszała to co lekarz mówi a nie tylko to co ja chcę usłyszeć i zapamiętać.

 I to była mądra decyzja. Lekarz wyraził zgodę i poprosił by stażysta mógł być obecny ,bo kiedyś nauczyć się musi.

Myślę, że dobrze bo lekarz chciał się wykazać przed stażystą, córka słyszała to co trzeba a ja tylko to co pozytywne.

Powiedział na początku, że mój wiek (ponad 60 lat) to powodować bedzie, że komórki w szpiku nie będą się juz tak namnażały jak u młodej osoby.. na to ja: ale ja się czuję na trzydzieści.

Powiedział, że szanse na wyleczenie wynoszą 40%. Na to córa 40 mieć i nie mieć to 80. Że 40 to dużo bo jeśli nie zdecyduję się na chemię to mam 100,że się nie uda.

Mówił,że włosy mogą wyjść ale nie muszą i naturalnie, że usłyszałam tylko NIE MUSZĄ.

Mogę stracić władzę w rękach i nogach ale jak  wyżej: NIE MUSZĘ.

Może mi się łuszczyć skóra, wrzodzieć błona w ustach i wyliczał strasznie dużo, kończąc każdą wypowiedź ale nie musi.

Umówił się ze mną na koniec czerwca.

W miesiąc po operacji miałam się zgłosić do szpitala i jeśli wyniki będą dobre to co dwa tygodnie.

-Panie doktorze ale  mam gorącą prośbę; proszę tak ułożyć chemię abym w końcu lipca i na początku sierpnia mogła z mężem pojechać na spływ kajakowy. Jak nie pojadę to się poważnie rozchoruję.

Popatrzył na mnie jak na chorą i obiecał, że się postara.

  Miałam dostawać cztery butelki czegoś dożylnie po jednej godzinie i potem t zw; maraton - dwie butelki czegoś co sączyło się do żyły przez 44 godziny.

Bismark powiedział, że szary człowiek nie powinien wiedzieć jak się robi kiełbasę i politykę.Szczęście, że pacjent nie wie  co mu dawają do żyły.

Przyznaję, że bałam się bardzo.Kiedy syn mnie przywiózł do szpitala, przytuliłam się do niego i przyznałam , że się boję.

Kazał mi popatrzeć ile ludzi czeka do przyjęcia i każdy po pobraniu krwi modli się żeby wyniki były na tyle dobre by go do domu nie odesłali, by mógł swoją chemię dostać.

Koronnym argumentem było to, że" Kaśka" - tak pieszczotliwie nazywamy córkę - brała chemię i żyje.

No jasne, ona leczyła się i studiowała, to teraz ja , jej matka nie wyrobię.

Odezwała się we mnie rogara dusza: powiedz,że nie potrafię. 

Przyjęli, położyli, wkłuli. Przynieśli obiad a tu nawet patreć się na obiad nie dało. Dobrze, że miałam dużo wody.Piłam,piłam, piłam a potem siusiałam.Stojak, na którym wisi kroplówka na oddziale nosi imię Stefana- skrót od;stoi, sztywny itd a panowie mają zawieszone kroplówki na Kasi co ma pięć nóg.

Naturalnie, że do łazienki chodziło się ze stefanem.

Po dwóch tygodniach zawiózł mnie mąż.Już wiedziałam co mnie czeka i psychicznie się przygotowałam.Miałam jakąś lekką książkę - dziś już nie pamiętam tytułu ani autora , ale moje wybuchy śmiechu intrygowały pacjentki leżące obok i wtedy czytałam na głos.Panie się ożywiły i wtedy coś mnie podkusiło do mówienia wierszy i monologów. Po chwili w naszej sali było sporo pań szukających sposobu na szpitalną nudę a ja zapomniałam, że to takie wstrętne co mi dają.

 Radość dawania radości innym spowodowała zapomnienie nieprzyjemnych odczuć związanych z chemią.

Rację miała nasza córa kiedy mówiła lekarzowi, że jak mamy nie przywiąże to mu oddział rozniesie.

Lekarza prowadzącego dorwałam  , kiedy zaglądał do sali i poprosiłam o obalenie mitów lub potwierdzenie.

-Czy to prawda, że w czasie chemii nie można zmieniać klimatu bo my jedziemy na Rospudę?

-Można zmieniać klimat, nie należy nadto wystawiać się do słońca bo  oparzenia trudno się goją.

-Czy mogę sobie pozwolić na alkohol, bo towarzystwo równe, wieczory przy ognisku kończą się o wschodzie słońca...

-Lampka wina nawet wskazana.

No to co? 

powrót do domu, pakowanie manatków, uszyłam sobie z kretonu pelerynę, która miała mnie chronić przed słońcem, kapelusz, namiot, śpiwór i hajda przed siebie.

Zaprzyjaźnionym ludziom na  spływie powiedziałam,że biorę chemię i dlatego głupio wyglądam ,ale to się w przyszłym roku zmieni. Jasne, że musi  się zmienić bo w końcu lipca 2011 jedziemy na Niemen. 

21:20, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 marca 2011
Kto szybko

Kiedy poinformowałam męża i dzieci co mi znalazł lekarz w szpitalu powiatowym i o mojej decyzji, że szybka operacja to jest szansa na powrót do zdrowia  - rodzina zadecydowała,że mam być operowana w szpitalu onkologicznym w Poznaniu.

Szybciutko do rodzinnej lekarki po skierowanie do Poznania, następnego dnia już byłam zarejestrowana na 24 05.

Trzeba przyznać, że pozytywny wpływ miały tablice na ścianach szpitala, że remontowany z funduszy Unii. Pomyślałam sobie, że będzie nowocześnie.

I tak było, sale z łazienkami, wszędzie jasno i przytulnie.

Poszło szybko. Badanie krwi, ciśnienia, wywiad i wiedziałam, że 26 będę operowana.

Pomna pouczenie z przed 25 laty - kiedy to pacjentka w Świdnicy powiedziała mi, że lekarz nie bierze na stół pacjenta , który mu sam ze stołu nie zejdzie spokojnie pozwalałam z sobą zrobić wszystko.

Windą gdzieś w dół i po chwili ktoś mnie budzi na sali pooperacyjnej.

Kroplówki,jakaś maszyneria podłączona do moich żył, jakieś pipczenie gdzieś nad głową, pielęgniarki sprawdzające co chwilę moje samopoczucie.

Rozmowa z sympatycznym lekarzem, który mi mówi,że sam ordynator mnie operował i był zadowolony z tego co zrobił - znaczy się ordynator był zadowolony.

Jeden, drugi, trzeci dzień na kroplówce - nie protestuję bo obok leży na łóżku pan, któremu wycięto żołądek i zrobili mu nowy z jelita.Pan jest karmiony rurką przez nos.

Przychodzi do mnie na pooperacyjną Ania, która czeka na amputację piersi. Mówi, że był bardzo dobry obiad i do drugiego dania były bardzo smaczne buraczki zasmażane.

-Aniu, opowiedz jak smakowały.. i Ania opowiadała.

Po chwili słyszę jak pielęgniarka, która była u pacjentki obok opowiada swoim koleżankom jak sobie pacjentki o buraczkach opowiadały.

Lekarz mówi mi,że mogę już pić herbatę.

Popatrzyłam na szaro - burą ciecz, która za herbatę robiła i powiedziałam,że ja wolę herbatę z rumianku. Nie pomyślałam, że naszym lekarzom nie wolno zalecać ziół.

Postawiłam na swoim i poprosiłam córkę o zrobienie mi herbaty rumiankowej.Durnota z mojej strony bo jak mi powiedzieli,że nie wolno to ja laik wiem lepiej. Jednak następnego dnia lekarz opiekujacy sie mną powiedział - jak pani chce ten rumianek, to niech pani pije.

A kiedy wrócę na salę i do normalnego jedzenia?

-jak wróci ordynator z urlopu. teraz będzie pani dostawała jedzenie dożylne.

Fakt poleciałam z wagi 10 kg. Moje wysportowane ciało, to obraz nędzy i rozpaczy. Wszędzie wiewał mi się nadmiar skóry.

Dostałam jakiś budyń dożylnie.Kapało 24 godziny i tak trzy porcje. Kiedy do córy powiedziałam, że nie lubię tego budyniu powiedziała mi, że mojej rocznej emerytury na taki budyń by nie starczyło.

W końcu przenoszą mnie na ogólną salę.

Na obiad dostaję kleik. Pozostałe panie mają barszczyk.
Żeby mi nie było przykro wzięłam czerwoną plastikową rurkę i udawałam, że też piję barszczyk.

Następnego dnia wrócił ordynator. Na wizycie cały personel, pan ordynator naciska moje powłoki brzuszne i pyta o samopoczucie. Pierwszy raz go widzę więc pytam : - to pan mnie rżnął?

-Nie ja panią operowałem.

Po dwóch kolejnych dniach mam szansę na wypis. Poprosiłam ordynatora żeby córka mogła być ze mną przy wypisywaniu, bo ona będzie rozumiała co pan do mnie mówi.Dla mnie to była niesamowita sytuacja.

Mówił co wolno i czego nie wolno a ja chciałam zadać tylko pytanie czy mogę nadal być optymalną osobą.

Wszak od 11 lat jesteśmy  na żywieniu proponowanym przez dr Jana Kwaśniewskiego. Nie miał nic przeciwko temu ,nie radził jeść kapusty i grochu. Poza tym mówił,że jest zadowolony, bo raczysko było w jednym miejscu i suche, że on nie widzi potrzeby stosowania chemii.

Córa mu powiedziała, że jej też kiedyś powiedzieli,że chemia nie jest konieczna

Że mamusia wie co to jest, no i dostałam skierowanie na wszelki wypadek / przypadek na chemię.

19:36, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 lutego 2011
Pani Zosia

Niech mi ktoś powie,ze nasze losy nie są zapisane gdzieś w Bożych czy kosmicznych księgach.

Leżę sobie w szpitalu ,już ponad dwa tygodnie a lekarze nadal nie wiedzą co mi dolega. Chudnę na potege, latają nawet po mnie leginsy, skóra na ramionach i udach wiewa się niczym żagiel na maszcie, oczy jak u międzywojennej aktorki; zapadniete z ciemną obwódką. Rejmont by powiedzial:"patrzy na księżą oborę".

Przywieźli do szpitala pania Zosię. Pani Xosia miała szczególną dolegliwość;biegunke i to tak silną,że normalnie to jej łóżko było nie potrzebne.

Przyszedł do niej lekarz i powiedział ostro,że albo ona się zgadza na kolonoskopię albo niech wraca do domu.Poszedł sobie. Pani Zosia powiedziała nam,że przez dwa tygodnie schudła 32 kg.Myśmy zaczęły jej tłumaczyć,że jak pojedzie do domu to nie odważy sie przyjechać i będzie musiała i tak to zrobić prywatnie a jak nie to nogami do przodu. Pani Zosia sie zgodziła na badanie.

Pomyślałam sobie,że takie stresujące badanie..

Pielęgniarki kazały żeby rodzina jaj przywiozła specyfik z apteki pod nazwą flet. Rodzinka przywiozła, pani Zosia wypiła to wieczorem, zadziałało jak trzeba.

Rano przyjechały pielęgniarki z wózkiem włożyli panią Zosię nań i pojechały windą na dół. Po około pół godzinie przywiozły ją na górę i budzą; pani Zosiu wstajemy.

Pani Zosia pyta : a badanie

-już po badaniu, miała pani polipy i już usuneliśmy.

Ja nie miałam takich objawów; ani biegunki ani obstrukcji,ani bólów .

Poprosiłam jednak lekarza żeby i od drugiej strony zobaczyć co się tam dzieje, tym bardziej, że robią badanie na tzw "śpiku" - poznańskie gwarowe: uśpienie.

Lekarz wyraził zgodę i też kazał aby rodzina przywiozła mi flet. Syn mi to kupił i przywiózł. Przy okazji przywiózł mój ulubiony przysmak boczek pokrojony w cieniuteńkie plastry, przyrumieniony i do tego cebulka też smażona.

Dał mi to i zjadłam natychmiast pół opakowania po lodach. Wieczorem flet.

Najbardziej to mi żal było boczku. Tak dobrze przygotowany.

Nastepnego dnia wszystko rutynowo jak u pani Zosi. Budzi mnie lekarz i pyta czy może mi otwarcie powiedzieć czy owijać

-Trudno, jeśli to rak to myśmy już w domu przerabiali

Potwierdził.Wziął wycinek, jest duży 8x 1,5 na jelicie grubym i czy zgadzam się na operację.

A jakie miałam wyjście.Jeśli się nie poddam operacji nie mam  żadnych  szans.Jeśli się poddam, wierzę w to,że medycyna poszła do przodu i nie musi to być wyrok.

Wzorem dla mnie była nasza córa, która zachorowała na ziarnicę złośliwą mając 18 lat.Zdała maturę, skończyła studia cały czas się lecząc - to co ja jej matka mam być słabsza.

Powiedziałam o wszystkim rodzinie.Dzieci powiedziały,że mogę być operowana w Poznaniu u "Cegielskiego"'

Córa zadzwoniła jeszcze do lekarki, która się nią opiekowała, ta poprosiła o dokumentację i tu się technika przydała wszystko komputerowo. Pani powiedziała rżnąć. Jej ufałam. Wyciągnęła nam nasze dziecko.

Gdyby nie przypadek pani Zosi , nie zabiegałabym o takie badanie, którego teraz jestem gorącym zwolennikiem.

19:47, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
W szpitalu

Po otrzymaniu skierowania pojechaliśmy do powiatowego szpitala naszym autkiem. I to był błąd.

Gdybyśmy wezwali pogotowie byłabym przyjęta po przywiezieniu do szpitala a tak na izbie przyjęć powiedzieli,że przeziębienie to się w domu da leczyć i nikt się nie spieszył żeby się mną zainteresować. Nie mogłam zębem o ząb zahaczyć bo znowu temperatura ale wyszczękałam,że się nie dam spławić, że tak dawno nie byłam w szpitalu i  wcale nie chcę traktować pobytu jak rozrywki, tylko mam być wyleczona.

Po trzech godzinach byłam już pacjentką w łóżku.

Podstawowe zabiegi, jak to po przyjęciu do szpitala i taki młody lekarz chciał mnie osłuchać.

Zdjęłam koszulę a plecy mam w duże granatowe placki - bo bańki były chińskie gumowe.

Młody widać o bańkach tylko w teorii słyszał, bo się zaczął wypytywać i na końcu mądrze stwierdził,że medycyna się w kozi róg zapędziła.

Dostałam antybiotyk w kroplówce i czułam jak mi się otwierają wszystkie pory w mojej skórze i z każdego pora leciała taka milutka, cieplutka woda. Wszędzie jej było dużo w uszach, oczach, po plecach takie miłe stróżki ciekły.

Do momentu aż pot ostygł i leżałam jak w metalowej wannie w zimnej wodzie.

Ponieważ bardzo siebie lubię poprosiłam o zmianę pościeli.

Po dwóch godzinach wszystko się powtórzyło i po dwóch z dokładnością zegarka.

Kiedy biedne pielęgniarki nie miały już suchej pościeli w zapasie a ja zaczęłąm szczękać zębami z zimna, przykryły mnie pacjentki jeszcze dwoma kocami.Po chwili i koce był mokre.

Rozbawiła mnie reakcja przełożonej pielęgniarek,która powiedziała,że nic dziwnego,że się pocę bo się przykrywam.

Pewnie jak jej jest zimno to sie odkrywa.

Następnego dnia popatrzyłam trzeźwo na salę, korytarz.No cóż "późny Gierek".Łazienka jedna na cały wewnętrzny oddział, dwa prysznice, sale sześcioosobowe, laminowane stoliki i parapety.

Trzeba przyznać, że jak już zostałam przyjęta lekarz opiekujący się naszą salą wysłał mnie na wszelkie badania. Powiedział mi wprawdzie, że jest to zapalenie oskrzeli ale trafili z antybiotykiem i są zadowoleni.

On tak, a ja byłam ciekawa dlaczego się pocę, spadam z wagi i ręce mi się robią przezroczyste.

Po otrzymaniu wyników z laboratorium dostałam natychmiast krew.Potem gastroskopia no bo miałam przed laty wycięte 2/3 żołądka, USG jamy, brzusznej , laryngolog i wszędzie bez zmian.

To sobie tak na sali leżymy i opowiadamy o dobrym jedzonku, bo stwierdziłyśmy,że to szpitalne robi ten sam katering co dla żłobka. Małe toto i bez smaku.

Wspominałyśmy domowe jedzenie z dzieciństwa. Ktoś powiedział,że zamiast szpitalnych pyrek tak by zjadły pyrki w mundurkach.

Mąż miał przyjechać, więc zadzwoniłam do niego i poprosiłam,żeby ugotował sześć dużych ziemniaków w skorupach i zawinął w folię i masło i sól wziął ze sobą.

Dobre chłopisko zrobiło co prosiłam.

Siedzę sobie na łóżku, obieram te ziemniaki a pacjentki patrzą jak my w PRL na pomarańcze.

Obrałam wszystkie, przekroiłam na połowę ,na każdy masło i sól i poczęstowałam panie.

To był widok!

18:32, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
Jak to z chorobą było.....

Wydawało by się  żem kobieta, która wszystko zniesie i nic się czepić nie może. Wysportowana; rower, pływanie,kijki, chodzenie po lasach,kajaki .

 W ubiegłym roku umówiłam się z przyjaciółką na Dolnym Śląsku, że przyjadę do niej i połajdaczymy się po Górach Sowich.

Łajdaczenie wzięłyśmy sobie z dowcipu o kotkach;Stary kocur w marcu zbierał się do wyjścia, pucował swoje futerko i synek go pyta: -tatusiu gdzie idziesz?

-połajdaczyć się trochę

-tatusiu weź mnie z sobą

-za mały jesteś

-tatusiu, ale na takie małe łajdaczątko

- no dobra

Umył się mały kot, umył duży i w mroźną księżycową noc poszli na spacer po dachach.

Stary kocur dorwał kocicę i gdzieś się zawieruszył.

Mały stoi na dachu, przestępuje z łapki na łapkę zmarzł solidnie i mówi do siebie: jeszcze się pięć minut połajdaczę i wracam do domu.

No i w tym spotkaniu z moją przyjaciółką łajdaczyłyśmy się jak ten mały kotek.

Poszłyśmy w góry, kiedy była piękna wiosenna pogoda.W drodze powrotnej złapał nas deszcz z gradem ( było nie było początek kwietnia). Zmokłyśmy jak dwie kury.Gorąca grochówka, grzane wino - wydawałoby się,że jest dobrze.

Ponieważ pogoda się nie poprawiała ustaliłyśmy,że pojadę do domu a dopiero w maju przyjadę rowerem i potem pojadę sobie w Kotlinę Kłodzką - byłaby to kolejna eskapada.

Następnego dnia telefonuje mąż i pyta czy oglądamy telewizję.

Myśmy piły kawę i plotkowałyśmy o ostatnich nieoplotkowanych.

Włączamy TV i widzimy tragedię -to 10 dzień kwietnia.

Wróciłam do domu włączyłam sobie TV Moskwa pierwyj kanał ( tu podziekowania dla pani prof Leśniak, że nas nauczyła bardzo dobrze języka rosyjskiego ) i oglądałam wiadomości z pierwszej ręki bo w naszej TV powtarzano bez przerwy takie same wiadomości. Ale czułam,że góry dają o sobie znać.

Gorąca herbata z wiśniowym sokiem i winem a temperatura 39,3

Porost islandzki z mlekiem - temperatura bez zmian,poprosiłam męża o masaż i wysmarowanie gęsim smalcem - temperatura nadal 39,3.

Chyba termometr nawalił.

Wkładam go do herbaty -już przestudzonej - 32,to znaczy,że termometr działa.

Mąż postawił mi bańki ,opatulił w bety i w nocy śni mi się jak dwa samoloty na mnie pikują i są tak blisko,że widzę twarze pilotów.

Odskoczyłam w bok i przebudziłam się.

Najbardziej żałowałam tego, że pierwszy raz coś mi się śniło i nie wiem czy mi się udało uciec.

Po dwóch dniach zdecydowaliśmy się pojechać do rodzinnej lekarki. Osłuchała, opukała i powiedziała,że przepisuje antybiotyki z górnej półki.

Bronię się , tłumaczę, że od 25 lat nie brałam żadnych antybiotyków, ale...

Wzięłam receptę, wykupiłam, zażywałam przez tydzień a organizm jak wyżej..

Pojechaliśmy jeszcze raz, wchodzę do gabinetu a lekarka mi mówi, że jej się bardzo nie podobam.

Uspokoiłam,że mam szczęście,że mąż nie słyszy bo by uwierzył,że się mogę niepodobać.

Dostałam skierowanie do powiatowego szpitala. I pojechaliśmy.

17:55, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 stycznia 2011
W Pyrlandii

Dzieci pozakładały własne rodziny i zamieszkali w okolicy Poznania. Praca w dużym mieście, mieszkanie i zwykła codzienność.

Nasze mieszkanie na Dolnym Śląsku nie miało sensu, bo dom był bardzo duży i utrzymywanie go tylko dlatego, że dzieci przyjadą na wakacje nie miało sensu.

Chcieliśmy być bliżej dzieci ale nie na tyle blisko by im w gary zaglądać.

W dodatku mysmy oboje zawsze mieszkali na wsi, zawsze w jednorodzinnym domu, zawsze był jakiś ogród .Ze strony dzieci na moją propozycję byśmy zamieszkali w bloku  dzieci odpowiedziały czy wyobrażam sobie tatusia bez ogrodu.

Udało się kupić niewielką typową dla Pyrlandii chatkę na wsi z dwudziestopięcioarowym ogrodem Jest na tyle daleko od dzieci, że kiedy chcemy do nich pojechać to musimy wcześniej zatelefonować aby ich zastać w domu.

Nasz sposób spędzania wolnego czasu też ich zmusza do zameldowania chęci przyjazdu.Możemy wtedy zrobić większe zakupy i przygotować więcej do zjedzenia , bo jak sie wszyscy zjadą jest nas wtedy dziesiecioro w jednym strączku.

 Wnukowie jak wszystkie dzieci pracujących mam doceniają domowe placki ziemniaczane, nalesniki, kluski z dziurka no i dlaczego im frajdy nie zrobic.

Jak w piosence u babci jest słodko bo pachnie szarlotka...

20:13, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
bogata w czas

Kiedy juz sie zdecydowałam na pracę na portierni , stałam się osobą bogatą w czas.Mogłam go poświęcać dzieciom i kontaktom z innymi ludźmi.

Wieś jak napisałam była długa. Kiedy wyprowadzaliśmy sie z niej przed czternastu laty było tam dwa tysiące dziewięćset siedemdziesiąt dwie osoby.

Przedszkola dwa i dwie podstawówki no i wszelkie udogodnienia jaki pod koniec XX wieku można było mieć na wsi.

Ludzie byli przyzwyczajeni,że idąc na zakupy, do kościoła, do kiosku itd zawsze miałam przyklejony  do twarzy  uśmiech numer cztery. Znaczyło to,że każda napotkana osoba mogła liczyć na rozmowę ze mną, na dobre słowo, jakiś dowcip.

Nie lubi się ludzi skwaszonych, marudzących, mających pretensje do całego świata.

Z domu wyniosłam zasadę. że chociaż bieda w kamienicy ale hopla na ulicy.

Zawsze łatwo nawiązywałam kontakty z każdą grupą wiekową.

Postanowiłam sie zaprzyjaźnić z emerytowanym ciałem pedagogicznym. To szalenie ciekawa grupa ludzi, która nagle i niespodziewanie jest pozbawiona tego co było sensem ich życia.

Dobry nauczyciel - szczególnie na wsi żyje podczas pracy sprawami dzieci i ich rodziców. Prywatne życie jest też podporządkowane rytmowi szkoły. Kiedy przechodzą na emeryturę ich własne dzieci mają własne życie i w domu czekają cztery ściany, telewizor z głupawym programem, czasami mąż z męskim klimakterium.

Moje znajome czuły sie nikomu niepotrzebne.

Udało mi się z nimi zaprzyjaźnić.Podstawą były pytania o nietypowe leczenie. Kto co wie na ten temat, kto co słyszał, jak wytłumaczyc niewytłumaczalne . I dalej juz samo poszła.

Leśniczy czesto mnie spotykał wracającą z lasu z wszelkiego rodzaju skarbami i proponował mi pracę w nadleśnictwie. O rany, chciał mi zepsuć urok łazikowania po lesie. Gdybym miała chodzić po lesie w ramach obowiązku byłaby to katorga.

Pamietam kiedys wyciągnęłam męża na dziesiecio -kilometrowy spacer po lesie i gdy wróciliśmy do domu zapytałam czy przeszedłby trasę jeszcze raz gdyby ktoś mu płacił dwadzieścia złotych za kilometr?- coś ty , za takie pieniądze.

Oprócz łazikowania brałam często z sobą rower, bo wtedy mogłam dalej dotrzeć, poznać wielu ciekawych  ludzi.

Między innymi panią układającą krajobrazy z zasuszonych kwiatów i liści, pana Michała, rolnika malującego gwaszem świat dookoła siebie, piszącego prześliczne wiersze z rymem i rytmem, grającego na własnoręcznie zrobionej cytrze.

Przyszedł moment,że się wyprowadziliśmy z tej ciekawej wsi. Pozostali tam przyjaciele, z którymi nadal utrzymuję kontakty. 

Często jednak sie zdarzało, że rower trzeba było ciągnąć lub nieść. Było to wspaniałe zmęczenie.

 

19:51, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
Udało się - nie tylko wpis

No, ale szczęście. Tym razem się nie zawiesił.

Ale w  tytule udało się to nie tylko radość wpisu.

To radość, że nie było żadnych powikłań i mimo tego, że wyczytałam iż operacja była metodą Rydygera  , wykonana w 1922 w Krakowie przy raku żoładka, to wiara, że chirurg  zajrzał na czas i zrobił wszystko najlepiej -pozwoliło mi zachować optymizm . I słusznie.

Doszłam do przekonania, że choroba była skutkiem przejmowania się pracą. Wtedy jeszcze człowiek nie chorował z powodu stresu.

A więc: wrzuć na luz. Praca była od 7 do 15 i na ganku leżała wycieraczka, na któtej zostawały problemy z pracy i domowym kłopotom też nie pozwoliła wychodzić.

Kiedy szef miał do mnie pretensje powiedziałam, że ja nie muszę zajmować swojego stanowiska i płacić za to zdrowiem.

Pracownicy, którzy mi podlegali zarabiali więcej ode mnie i nie mieli takiej odpowiedzialności.

Szef się wpienił ,nie mógł mnie zwolnić ale wydawało mu się, że mnie upokorzy (teraz to się mabbing  ?nazywa) i powiedział,że ma pracę dla mnie na portierni.

Ucieszyłam się bo mogłam zarabiać o tysiąc więcej, pracować w systemie dwanaście na dwadzieścia cztery. no i zakres obowiązków był tak napisany,że nie odpowiadałam za nic.

Najbardziej mnie śmieszył zapis:  dbać o prawidłowe stosunki z pracownikami.

Miałam czas dla dzieci, domu, na wypady do lasu i łazikowanie po górach (Sowich).

Wieś ciągnęła sie 12 km i przechodziła z równiny w prawdziwe góry. Ciągnęła się nad rzeczką Miła. Na jej dopływie Miłce  Niemcy w czasie II wojny wybudowali basen o wymiarach olimpijskich.

Od naszego nowo wybudowanego domu był około 500 m.

Wodziłam tam dzieci swoje. To na tym basenie nasze dzieci nauczyły się pływać.Zimą korzystały z sanny na górach a potem i narty.

Sposób pracy pozwolił mi na to, żeby dzieciom i  swoim  zainteresowaniom poświęcić wiele czasu.

Dzieciaki zakaziły się harcerstwem i kiedy tylko zaczynały się wakacje jechały w Polskę a myśmy dostawali kartki,że jest tak ładnie, że liczbami się nie da opisać a słów za mało.

Innym razem,że jest im tak dobrze, że dobrze im tak.

 W naszym domu pojawiała się czeredka dzieci z rodziny i od przyjaciół - bo byliśmy jednio z nielicznych na wsi, którzy mieli tak dobre warunki do spędzania wakacji.

 Z tymi dziećmi chodziłam po górach , uczyłam ich szacunku do przyrody i wspólnie poznawaliśmy narurę i jej prawa.

A teraz przerwa na kolację.To swięta pora -pora posiłków.

 

 

16:39, aga-kosa
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2